Starożytne Cywilizacje

W Indiach żebractwo to gałąź gospodarki. Zaprzyjaźniony Hindus mówi mi, że pojedynczy żebrak na ulicach stolicy zarabia 10-20 euro dziennie, co jak na tutejsze warunki jest kolosalną sumą.

Do północy brakuje niespełna 20 minut, gdy samolot gładko ląduje w New Delhi. Lot z Wiednia trwał nieco ponad 7 godzin, a więc dłużej niż na trasie Europa – Afryka, a krócej niż np. z Europy do Ameryki. Przechodzę przejściem dla dyplomatów i zaraz dopada mnie wieść, waląca jak obuchem w głowę: w sąsiednim Pakistanie w zamachu islamskiego terrorysty-samobójcy ginie kilkadziesiąt osób, w tym była premier Benazir Bhutto (dziś polityk opozycyjny wobec prezydenta Musharaffa). Zaskakuje mnie reakcja niektórych Hindusów – ludzi poważnych, z elit swojego kraju, stanowiących część intelektualnego czy biznesowego “topu”. Nie potrafią ukryć radości, ba, radość tę demonstrują… Zgoda, że tylko niektórzy i że to raczej mniejszość, ale jest jak zgrzyt po szkle. Pokazuje, jak napięte – podskórnie – są stosunki między Indiami a Pakistanem. Oficjalnie wszystko idzie ku lepszemu, zwłaszcza w ostatnich latach, ale pod warstwą dyplomatyczno-medialną jest bardzo dużo emocji. Mimo wszystko takie reakcje są dość niesamowite, bo od kiedy Francuz François de La Rochefoucauld w XVII wieku ogłosił, że “hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek”, ludzie, a już zwłaszcza politycy trzymają się tego, co m.in. nie pozwala im publicznie okazać, że cieszą się ze śmierci przeciwnika czy sąsiada.

Jestem tu drugi raz. Pierwszy wyjazd, przed niemal równo 6 laty (styczeń 2002), miał charakter całkowicie prywatny: spędziłem tu aż 3 tygodnie, wraz z moim starszym synem. Wtedy byłem i w stolicy – New Delhi i w dawnej stolicy: Agrze i w stolicy hinduskiej informatyki – Bangalore i w słynnym Bombaju (obecnie Mumbai), ale także w “indyjskim Zakopanem” – Nanitalu, położonym u podnóża Himalajów (weszliśmy wtedy na jakąś dość łatwą górkę, niemającą nawet 3000 m npm.). Tym razem wizyta ma charakter oficjalny, ale też jest znacznie krótsza (1 tydzień). Zaczynam oczywiście od New Delhi.

Spotkanie w think-tanku, formalnie fundacji o nazwie Observer Research Foundation. Dilip Lahiri, starszy pan o manierach brytyjskiego dżentelmena z kolonii świetnie orientuje się w tematyce unijnej, ale skupia się na omówieniu roli nie tylko swojego kraju, ale też np. Chin. Twierdzi, że obecne zbliżenie rosyjsko-chińskie jest tylko taktyczne. Dr Rajeswari P. Rajagopalan, jedyna kobieta w tym gronie to ekspert zajmujący się relacjami New Delhi z najbliższymi sąsiadami, a John Wilson to specjalista od spraw pakistańskich (odrzuca tezę, że za zamachem na Bhutto stał Musharaff, uważa, że nie ma dla niego na razie alternatywy i że jest jedyną barierą dla radykalnych islamistów. Jednocześnie podkreśla nieoficjalne kontakty wywiadu pakistańskiego z talibami – co ma być tolerowane przez Amerykanów oraz fakt świetnego zorganizowania oraz nowoczesności armii Pakistanu…). Ta fundacja jest jednym z poważniejszych, bardziej wpływowych think-tanków zajmujących się polityką zagraniczną w Indiach.

Po południu potwornie zatłoczonymi ulicami, wśród trąbiących bez przerwy aut, tłumu motocykli i obdrapanych trzykołowych taksóweczek docieramy do Red Fortu. To odpowiednik Zakazanego Pałacu w Pekinie. Powstał w 1639 roku, za czasów dynastii Mogołów (przywędrowała z terenu obecnego Afganistanu). Budowano go 10 (według innej wersji: 9) lat. Jego twórcą był Shah Jahan, panujący w latach 1628-1658. Jego następcą był jego własny – i wyrodny – syn: Aurangzeb Alamgir (panował wyjątkowo długo: od 1658 do 1707 roku).Wyrodny, bo w czasie swych półwiecznych rządów nie dość, że uwięził własnego ojca, to jeszcze zamordował dwóch rodzonych braci… O tym jakoś w przewodnikach po Indiach słowa nie ma, ale ja swoje wiem…

W pałacu szczególnie zachwyciła mnie piękna, pochodząca z okresu między XIII a XVII wiekiem mozaika ścienna, nawiązująca do… Koranu (!), a także mały, ale ciekawy zbiór szabli i innych instrumentów służących do zabijania ludzi i obrony przed tą czynnością (dość kuse zbroje), a także szat kobiecych. Robi też wrażenie półotwarta sala audiencjonalna, w której władca codziennie przemawiał, pouczał i sądził – pilnie słuchany przez odpowiednika dzisiejszego premiera, ministrów, a także zebrany już nie pod dachem – jak władza – ale rezydujący na otwartym powietrzu tłum…

Wychodzimy z Red Fortu, by od razu wpaść w mrowie ludzi i pojazdów w stolicy kraju o miliardowej ludności… Tak, tak, czuć ten miliard, czuć.

Indie – miliony dla świętych krów

Indie, dzień drugi. A w zasadzie: New Delhi. Gdybym nie wiedział, że stolica Indii liczy ok. 11,5 mln ludzi, to bym się tego musiał domyślać. Ludzie, pojazdy wszelkiego typu, niebywały harmider. Poczucie potęgi demograficznej tego jednego z najstarszych narodów świata. A jednocześnie świadomość, że szybko rozwijające się Indie wyraźnie ustępują (poza informatyką i przemysłem IT) Chinom. Przewijają mi się obrazki z pierwszej wizyty w ChRL, gdy w Szanghaju zwiedzałem supernowoczesną dzielnicę Pudong, powstałą dosłownie w ostatnich kilkunastu latach, po ekonomicznej “odwilży” w tym kraju. Pudong, gdzie zrobiono specjalną strefę ekonomiczną ma teraz więcej wieżowców niż Londyn i Manhattan -ale takich właśnie Pudongów w Indiach nie uświadczysz. Bo Bangalore to tylko informatyczny rodzynek w indyjskim, tradycyjnym cieście. A to ciasto – to państwo, które co roku setki milionów dolarów (!) wydaje na… dożywianie świętych krów!!!

Przy obiedzie rozmowa z 2 profesorami uniwersyteckimi. Szczególnie ciekawy jest prof. A. S. Kohli z Jamia Milia Islamia (Uniwersytet Centralny) w New Delhi. Mówi, że to, co stało się w Pakistanie to wprost zagrożenie dla demokracji w tym kraju, ale śmierć Bhutto nie będzie miała znaczenia dla relacji indyjsko-pakistańskich, bo Musharaff będzie teraz bardziej skoncentrowany na sprawach wewnętrznych: słowem niewiele z tego będzie wynikać np. w sprawie Kaszmiru…

Indie: szata sari i zupa rasam

Indie, dzień trzeci. Bawi mnie niezmiennie, jak w różnych krajach, na różnych kontynentach, na różnych kongresach przekręcają moje nazwisko. Nieraz tak, że trudno mnie samemu je poznać. Tym razem umiarkowanie: C z a U n e c k i – ale to nic w porównaniu z kompletną dowolnością innych danych. Adres Parlamentu Europejskiego podany jest tak, że konia z rzędem temu, kto by odgadł: zamiast Rue Wiertz, Brussels jest R w e W e i t a, B r u r r e l s. Cóż, można i tak.

Żebracy atakują samochody na każdym skrzyżowaniu. Zwłaszcza te, w których widać cudzoziemców. Głównie są to kobiety i dzieci, czasem mężczyźni z widocznym kalectwem. Zdarzają się też matki z kalekimi dziećmi lub z dziećmi upozorowanymi na kalekie. Na kolejnych czerwonych światłach podbiegła do nas matka (?) z kilkulatkiem ze strasznymi ropiejącymi ranami na rączce. Widok był przerażający. Siedziałem akurat tuż przy szybie auta, od strony tej kobiety. Stała przy oknie na tyle długo – czerwone światło paliło się i paliło – że zobaczyłem, iż owe wstrząsające rany to maskarada: raczka dziecka jest… sztuczna, chyba plastikowa, ale nie była to proteza, a rany to imitacje prawdziwych obrażeń.

W Indiach żebractwo to gałąź gospodarki. Zaprzyjaźniony Hindus mówi mi, że pojedynczy żebrak na ulicach stolicy zarabia 10-20 euro dziennie (do 600 euro miesięcznie), co jak na tutejsze warunki jest kolosalną sumą. Nie ma tak naprawdę indywidualnych żebraków: rządzi nimi mafia, która przejmuje wszystko to, co uzbierają, a potem oddaje im część “urobku”. Hindus stanowczo odradza dość naturalne “odruchy serca” i sięganie do kieszeni.

W New Delhi pełno jest też ulicznych sprzedawców. Sprzedawców wszystkiego. Zapalniczki, chusteczki do nosa, gazety, długopisy, kalendarze, pocztówki. Cierpliwi, ale natarczywi. Mają niewiele czasu na skrzyżowaniach – potencjalni nabywcy są dostępni na długość świateł, znacznie więcej szans mają czyhając przy tysiącach sklepików i setkach zabytków. Można sporo utargować: początkowo za 100 rupii oferują 4 paczki chusteczek higienicznych, ostatecznie za tę kwotę kupujemy 10. Jeden z nastolatków przez szybę samochodu – a jeździmy sporo – podtyka nam ostatnie wydanie “The Sunday India”. Na okładce metaforyczny dla sytuacji Indii tytuł: “From Darkness to Hope” – ten kraj rzeczywiście idzie drogą od ciemności, nędzy i zacofania gospodarczego do nadziei rozwoju i dobrobytu będącego udziałem większej ilości obywateli.

Jedzenie w Indiach to bardzo ważna rzecz. Nie tylko dlatego, że brakuje go wielu, wielu, wielu ludziom. Także dlatego, że jest zupełnie inne niż u sąsiadów bliższych i dalszych. Jest specyficzne i nieporównywalne, wydaje mi się, z żadnym innym. Co więcej, jest też wewnętrznie zróżnicowane w tym ogromnym kraju, ba, subkontynencie. Na przykład charakterystyczna, oryginalna kuchnia południowoindyjska. Jej “okręty flagowe” to choćby niebywale ostra, jak na mój gust, zupa rasam, ale też dosa – ryżowy placek z warzywami. Placek ma kształt naszego dawnego podpłomyka, jest cieniutki i duży, zajmuje cały talerz. Jest żółto – rudy. Odrywa się od niego, obowiązkowo palcami, kawałki, w które należy włożyć mieszankę, papkę warzywną. Wreszcie uthapam, czyli naleśniki z ryżem i, oczywiście, warzywami (to naturalne, że główne składniki hinduskiego jedzenia to produkty najłatwiej dostępne, a więc nie mięso czy ryba, ale właśnie ryż i warzywa). Do tego kilka rodzajów sosów. Na zakończenie uczty specjalna kawa południowoindyjska, choć w gruncie rzeczy nie potrafiłem dostrzec, czym różni się ona od innych kaw, poza tym, że jest mocno słodka i z mlekiem.

Wszystko to poznałem nie tyle z książki kucharskiej, co z własnego (nie przeczę: przyjemnego) doświadczenia. Miało to miejsce w restauracji “Sagar Ratna”, mało może wykwintnej, za to wyspecjalizowanej w jadle z południowych Indii. Mieści się ona w siedzibie… Ministerstwa Turystyki. Duża ilość ochroniarzy to… jeden ze sposobów zmniejszania bezrobocia w tym kraju. Trochę przypomniało mi to doświadczenie japońskie: w czasie jednego z moich czterech pobytów w “Kraju Kwitnącej Wiśni” widziałem parking przy dużej świątyni, obsługiwany przez nieproporcjonalnie dużą liczbę pracowników…

Charakterystyczny jest też ubiór Hindusów. Kobiety paradują w “sari”, czyli specjalnej tkaninie, którą oplatają ciało dosłownie od stóp do głowy. Jednak sari wymaga osobnej spódnicy czy raczej halki, ubieranej pod spód. U góry konieczna jest, kupowana wyłącznie do (a właściwie pod) sari, bluzka (“top”). Jest ona widoczna spod sari, często jest efektownie zdobiona. Sama sari zarzucana jest przez piersi kobiety na plecy, bluzka więc – zwykle w tym samym kolorze, co sari – jest integralną częścią tego ubioru. Ubioru zresztą często niebywałego, ale efektownego!

Skojarzenie Hindusa z turbanem jest prawdziwe, ale tylko częściowo. Ma ono swoje uzasadnienie historyczne, jeszcze z czasów kolonializmu. Dawne filmy, obrazy i ryciny pokazują nam władców Indii akceptowanych przez brytyjską Koronę – obok gubernatorów wprost reprezentujących Londyn – brodatych maharadżów w turbanach właśnie. Ale też bitnych, bohaterskich żołnierzy – Sikhów w służbie Jej Królewskiej Mości. Dziś turbany w Indiach to Sikhowie – dobrze zorganizowana mniejszość religijna ze swoimi świątyniami, wydawnictwami i… przewodnikami turystycznymi (spotkałem ich kilku – i wszyscy byli Sikhami!). Ale też wielu z nich służy w armii (tradycja!) i policji, nawet uważa się ich za podporę hinduskich struktur siłowych. Także tutejszego BOR-u. To zresztą stało się powodem tragedii, gdy po krwawym stłumieniu rozruchów wśród Sikhów i wejściu wojska do ich głównej, historycznej świątyni, młody Sikh – rządowy ochroniarz zastrzelił ówczesną premier Indirę Gandhi, córkę premiera Nehru i matkę późniejszego premiera Rajiva Gandhi. Ale to już historia

Bharat Ganarajya, czyli Indie

Indie, dzień czwarty. Patrząc na toczący się wszędzie handel, na ekonomiczną ruchliwość Hindusów zaczynam rozumieć, dlaczego już teraz jest to czwarta gospodarka świata – po USA, ChRL i Japonii. Indie rozwijają się szybko, próbując nadgonić opóźnienia z przeszłości. Niektórzy co prawda mówią, że wzrost roli Indii wciąż słabo przekłada się na dobrobyt przeciętnego mieszkańca – PKB wynosi 3800 USD na głowę obywatela, ale to nie tak: Indie startowały z bardzo niskiego pułapu indywidualnej zamożności i postęp jest znaczny. Mimo tego progresu, aż jedna czwarta obywateli Indii – według szacunków rządowych – żyje poniżej progu ubóstwa…

Gdy byłem w liceum zaczytywałem się w życiorysie Mahatmy Mohandasa Gandhiego. Walka bez użycia przemocy – “non violence”, pokojowe marsze, filozofia polityczna, która okazała się bardzo skuteczną polityką, owocującą zdobyciem niepodległości – oficjalnie 15 sierpnia 1947 roku. Po paru następnych latach, już na studiach, znów “odgrzebałem” Gandhiego – to wtedy, w stanie wojennym wrocławski duszpasterz akademicki, znany wychowawca wielu polityków ojciec Ludwik Wiśniewski, opierając się właśnie na doświadczeniach Indii rzucił hasło “walki bez przemocy”. Nawiązywał do tego, przynajmniej częściowo Ruch WiP, czyli “Wolność i Pokój”. Po blisko ćwierć wieku, właśnie dzięki tamtym, dawnym inspiracjom lepiej rozumiem hasło czy też dewizę Republiki Indii. Ta dewiza brzmi: “Satyameva Jayate”, czyli: “Tylko prawda wygrywa”… Jest w tym haśle jakiś duch Gandhiego, duch skutecznego idealizmu.

Na ulicach “dużo narodu”, ale tak naprawdę wiele narodowości, a może raczej: kultur. Indie bowiem to państwo aż 23 języków, w tym 21 regionalnych i lokalnych języków konstytucyjnych, typu urdu, tamilski, nepali, pendzabski, kasmiri, bengali, gudzarati itd. Te dwa pozostałe to oficjalny, urzędowy hindi – włada nim zaledwie dwie piąte obywateli kraju oraz angielski, jako język pomocniczy. Ciekawe, że ten “kolonialny” angielski wcale nie traci na znaczeniu, przeciwnie zyskuje. Paradoks? Tak, ale wytłumaczalny. Po prostu w licznych stanach, terytoriach związkowych, dystryktach, w których nie używa się hindi i nie chce się go używać, angielski jest formą zachowania swoistej niezależności od New Delhi, łatwo wytłumaczalną barierą przed narzuceniem hindi i “hinduizacją”…
Taka jest specyfika tego kraju. Państwa, którego oficjalna nazwa brzmi Bharat Ganarajya (czytamy: Ganaradźja) – w hindi, a propos, oczywiście, bo India to nazwa angielska. Biedni Indianie w obu Amerykach przez pomyłkę – Kolumb przypływając do Ameryki myślał, że dotarł do legendarnych Indii właśnie – właśnie od dalekiego kraju w Azji Południowej wzięli swoją nazwę…

Indie kontrastów

Indie, dzień piąty. Hindusi są religijni. Religia jest częścią ich życia. Nie jest to wiara na pokaz i to obojętnie czy chodzi o hinduizm, islam czy chrześcijaństwo. Dla kierowców taksówek w New Delhi jest czymś naturalnym, że w swoich autach na poczesnym miejscu umieszczają fotografie czy podobizny hinduistycznych bóstw, które mają chronić ich na drodze niczym św. Krzysztof – patron chrześcijańskich kierowców. Dla Asamu – też kierowcy, katolika z Goa jest zupełnie oczywiste, że tuż koło kierownicy ma podobiznę Jezusa Chrystusa. W hotelach,w każdym pokoju jest i Biblia i hinduistyczne “pismo święte”. W niektórych kompleksach hotelowych – sam widziałem – jest miejsce na maleńką świątyńkę hinduistyczną, co skądinąd stanowi dodatkową atrakcję turystyczną. Niektórzy ludzie Zachodu kpią ze “świętych krów” – stanowiących i olbrzymie obciążenie budżetu państwa i stwarzających spore niebezpieczeństwo na drogach i torach (jedna z największych katastrof kolejowych w historii Indii, która zdarzyła się kilka lat temu została spowodowana zatrzymaniem się pociągu pasażerskiego, bo na torach… stało stadko krów – następny pociąg pasażerski nie zdążył już wyhamować i wjechał w poprzedni). Ale te “święte krowy”, przedmiot kpin lub co najmniej zdziwienia ze strony Europejczyków i Amerykanów są jednak dowodem na głęboką religijność Hindusów – nawet jeśli jej nie rozumiemy, należy przyznać, że jest ona ważnym faktem, także społecznym.

Olbrzymia większość społeczeństwa hinduskiego to wyznawcy hinduizmu. Muzułmanów jest kilkanaście procent (lekka tendencja wzrostowa), chrześcijan kilka procent, zwłaszcza w regionie Kerala oraz Goa – miejsca, do którego w Wigilię Bożego Narodzenia 1500 roku przybył portugalski odkrywca Vasco da Gama, pozyskując miejscową ludność dla katolicyzmu, o czym świadczą do dziś pełne kościoły w tych okolicach.

Indie to kraj niebywałych kontrastów. To potęga informatyczna, kraj dysponujący bronią atomową (trzy podziemne próby nuklearne w Radżastanie, przeprowadzone 11 maja 1998 roku wywołały nawet sankcje ekonomiczne ze strony USA, odwołane dopiero po 4 latach !) -a z drugiej strony społeczeństwo, w którym analfabetyzm sięga dwóch piątych! Najbogatszym obywatelem brytyjskim jest Hindus Mittal – piąty wśród “setki” najbogatszych ludzi świata, kilku jego rodaków jest w pierwszej “20″ tej klasyfikacji – ale z drugiej strony na ulicach wielkich miast, ale jeszcze bardziej w regionach wiejskich nędza jest straszliwa. I niewiele pomogą w wyjaśnieniu tego stanowiska nawet racjonalne tłumaczenia, że biedę łatwiej widzi się w społeczeństwie 1-miliardowym niż 10-milionowym.

Indie stają się powoli mocarstwem regionalnym, ale olbrzymia większość ich obywateli żyje na dramatycznie niskim poziomie (choć 10 lat temu żyli znacznie gorzej – obywatelom Indii dobrze zrobiły wolnorynkowe reformy z początku lat 90. i odejście od państwowego quasi-socjalizmu i sterowania przez rząd nawet handlem detalicznym). Analitycy uważają, że poza bezkonkurencyjnymi Chinami to właśnie Indie i… Brazylia są krajami, które już wdzierają się do polityczno-ekonomicznej elity. Aspiracje Delhi ma olbrzymie. Świadczy o tym choćby postulat wejścia do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ale ten wielki – i coraz większy, gdy chodzi o poczucie własnej wartości i ambicje – kraj ma swoje spore problemy nie tylko społeczno-gospodarcze. Także te dotyczące bezpieczeństwa wewnętrznego. Chodzi o terroryzm islamski. Pakistan leży tuż obok, przykład jest zaraźliwy, muzułmańscy ekstremiści podnoszą głowę i jednak rosną w siłę. Piszę te słowa dosłownie parę dni po zabiciu Benazir Bhutto, ale też śmierci ponad 200 osób w zamieszkach w sąsiednim Pakistanie. Ale też piszę dosłownie kilkanaście godzin po próbie zamachu bombowego w klubie nocnym w Mumbai, czyli dawnym Bombaju. To już nie Pakistan, to największe miasto Indii…

Delhi ściga Pekin

Indie, dzień szósty. Ciekawa lektura indyjskich periodyków anglojęzycznych. W jednym z nich – “Business today” znajduję wyniki badań przeprowadzonych wśród Hindusów – kawalerów. Na pytanie: “Czy ożeniłbyś się z kobietą, która pracuje?” odpowiadają młodzi obywatele Indii z czterech umownych regionów: północy, południa, zachodu i wschodu. Wyniki: TAK – odpowiada 9 % (!) mieszkańców Północy, 13 % Zachodu, 17 % Wschodu i 23 % Południa! W najlepszym przypadku co czwarty mężczyzna (południe) jest gotów poślubić pracującą kobietę, w najgorszym (północ) – co jedenasty! Hindusi są więc niebywale konserwatywni – a potwierdzają to również odpowiedzi na inne pytania (tym razem udzielali ich już zarówno żonaci, jak i kawalerowie, ale wyłącznie mężczyźni): 50 % uważa, że kobiety powinny siedzieć w domu i zajmować się tylko domem, 56 % (!) uznaje, że małżeństwa “aranżowane” (przez rodziców) są najlepsze, 54,5 % uważa, że homoseksualiści powinni być potępieni przez społeczeństwo. Co więcej, 56,5% jest przekonanych, że tradycyjny hinduski system wartości i obyczajowość jest optymalny i deklaruje wiarę w niego. A z drugiej strony zaledwie niespełna 10 % Hindusów akceptuje życie par bez ślubu…

Wyłania się obraz społeczeństwa bardzo tradycyjnego, konserwatywnego – i chcącego takim właśnie być. A jednocześnie nowoczesnego, gdy np. chodzi o zdobycze techniki, informatykę itp.

W lokalnej telewizji bardzo dobrze zrobione reklamy… hinduskiej floty wojennej. Profesjonalna zachęta dla młodzieży, aby wstępowała do nowoczesnej, profesjonalnej, morskiej armii. Robi wrażenie. Istotna uwaga: w wielkich Indiach wojsko jest w pełni zawodowe, nie ma poboru. Ta armia i ta reklamówka jest trochę w amerykańskim stylu. Indie wyciągnęły wnioski z nie tak dawnej przeszłości: jeszcze w latach 60. doszło do krótkiego zatargu zbrojnego z Chinami, katastrofalnie przegranego przez Hindusów. Wówczas mieli armię źle zorganizowaną i z przestarzałym sprzętem. Wtedy zrozumieli, że ogromna liczba ludności to nie wszystko, że trzeba również sprawnej, dobrze dowodzonej armii. I taką zbudowali. Dziś pozyskiwaniu do niej młodych, także wykształconych ludzi służą takie właśnie efektowne akcje telewizyjne.

Bo Indie muszą mieć silne i profesjonalne wojsko. Pakistan nie śpi…

W 2030 roku potencjał demograficzny Indii “przeskoczy” liczbę ludności Chin. To jeszcze ok. 20 lat… Delhi przyjęło zupełnie inną filozofię niż Pekin. Chińczycy sztucznie ograniczają liczbę urodzeń, Hindusi natomiast sprzyjają “dzietności”, a przynajmniej jej się nie przeciwstawiają. Chińczycy kontrolują demografię, aby nie zwiększać biedy, ich sąsiedzi zaś wychodzą z założenia, że bieda i tak będzie, a liczba ludności jest jednak bardzo ważną, choć nie decydującą kartą polityczną. Dziś widać, że to Indie, a nie ChRL, miały rację. Pekin będzie miał coraz większe problemy ze starzeniem się społeczeństwa, problemy społeczne, a Delhi powoli podnosi poziom dobrobytu, jednocześnie rosnąc – m.in. dzięki demografii – w potęgę polityczną.

Jestem więc w kraju, który – być może jeszcze za mojego życia – będzie “nr 1″ w statystyce najliczniejszych państw świata…

Sportowe Indie

Indie, dzień siódmy, ostatni. Jeżeli zapytasz Hindusa – obojętnie od kasty, zawodu, miejsca zamieszkania, pochodzenia, wyznania czy statusu majątkowego – o sport narodowy to odpowiedź będzie zawsze taka sama: krykiet! Krykiet łączy obywateli Indii niemal tak, jak historia i tradycja. Sukcesy i porażki reprezentacji narodowej to sprawa daleko wybiegająca poza kolumny sportowe gazet. Gdy Indie grają z Pakistanem oba kraje ogłaszają dni wolne od pracy, bo i tak prawie nikt wtedy nie pracuje. Mecz krykieta – to misterium jakże inne od prozaicznego, krótkiego meczu piłkarskiego czy niewiele dłuższego turnieju żużlowego – trwa cały dzień albo i dwa. Ale gazety poświęcają ich analizie znacznie więcej czasu, zarówno przed, jak i po meczu. W krykieta grają tu wszyscy: ci z miast, ale też ci ze wsi, z wielkich metropolii typu Mumbai (Bombaj), Kolkata (Kalkuta) czy New Delhi, ale i zapadłej prowincji. Krykiet to szansa na awans społeczny i zawodowy, ale też przepustka do historii i zbiorowej pamięci narodu. Od krykietu (podobnie, jak z Bollywodu – czyli hinduskiego przemysłu filmowego) do polityki droga krótka. Niejeden znany gracz na fali swojej i dyscypliny popularności trafił do indyjskiego parlamentu. Zresztą to samo jest u sąsiada – i przeciwnika w krykiecie i nie tylko… – czyli w Pakistanie. Skądinąd mecze obu tych krajów wywołują silne emocje pozasportowe. Kumulują się w nich wzajemne urazy, narodowe animozje, sprzeczne interesy. Niestety, walka nie ogranicza się tylko do boiska.

Jeden z hinduskich periodyków anglojęzycznych komentując najważniejsze wydarzenia sportowe 2008 roku i wspominając igrzyska w Pekinie zaapelował przytomnie: “Ale jak możemy zapomnieć o krykiecie, naszej pierwszej miłości?”

Lektura gazet codziennych w Indiach pokazuje znaczenie tego “sportu nr 1″: zdjęcia, komentarze, ocena szans swoich i rywali, wspomnienia dawnych sukcesów, notki o najzdolniejszych graczach młodego pokolenia… A na ulicach miast sam widziałem plakaty informujące o lokalnych zawodach pod patronatem dawnych gwiazdorów.

Indie nie są potęgą sportową, w odróżnieniu od swojego innego sąsiada i gospodarza olimpiady – Chin. Hinduscy dziennikarze piszą, że oczekują jednego złotego medalu w sportach zespołowych i paru zwycięstw indywidualnych. Co do tych drugich to raczej marzycielstwo, co do tego pierwszego – chodzi oczywiście o drużynę hokeja na trawie. Ten sport ma tu olbrzymią tradycję i wielkie, także olimpijskie sukcesy. Czy teraz Indie będą miały złoto? Są jednym z faworytów, ale ostatnio sport ten został zdominowany przez Europę – w rewanżu za lata azjatyckiej dominacji: królują Niemcy, Holendrzy, a Polacy w zeszłym roku, pierwszy raz w historii, zdobyli tytuł wicemistrza świata w hali oraz Klubowy Puchar Europy.

Póki co, w styczniowym turnieju kwalifikacji do olimpiady Indie wygrać muszą z odwiecznym rywalem – Pakistanem oraz z Belgią. Na pewno natomiast Indie mogą pochwalić się… szachistami, jeden z nich (Viswanathan Anand) należy do kilku najlepszych na świecie.

Sportem, który może pochłonąć Hindusów są wyścigi Formuły 1. A to za sprawą jednego z hinduskich miliarderów, który odkupił jeden z najsłabszych teamów F1, nazwał go dumnie Force India i za kilkadziesiąt milionów dolarów zbudował tor wyścigowy w swoim kraju. A wszystko po to, aby w sezonie 2010, gdy w kalendarzu Mistrzostw Świata Formuły 1 zadebiutuje GP Indii kierowcy z tego zespołu mogli powalczyć z najlepszymi.

Ale i tak wszyscy tu wiedzą, że najważniejsze, nawet w roku igrzysk, będą tzw. test-mecze i jednodniowe mecze reprezentacji narodowej w krykieta. Gospodarzem wielu z nich będą w tym roku właśnie Indie…

Indie – czas na podsumowanie. Poprzedni raz byłem tu 3 tygodnie i było to ponad 20 dni turystyki, zero polityki. Teraz był to “tylko” tydzień, a zwiedzanie było niejako “przy okazji”. Gdy byłem tu pierwszy raz nie pisałem jeszcze codziennie bloga, a to, jak u reżysera-dokumentalisty, wymusza “fotografowanie” pamięcią i to dzień w dzień. Może dlatego właśnie mam wrażenie, że więcej poznałem, dowiedziałem się, nauczyłem Indii?

Przedtem mieszkałem w hotelach, a w czasie pobytu w New Delhi w rezydencji ambasadora i nie miałem okazji być np. w hinduskim domu. Teraz skorzystałem z zaproszenia moich hinduskich przyjaciół i ostatniego dnia pobytu odwiedziłem państwa S. w ich mieszkaniu znajdującym się w centrum New Delhi. Na pewno nie są to ludzie reprezentatywni dla przekroju społeczeństwa indyjskiego. Dobrze – dla nich, źle – dla mnie, gdy chodzi o względy poznawcze… Należą do jednej z najwyższych kast, są ludźmi majętnymi. Mieszkanie, czy raczej wielki apartament ma… 500 metrów kwadratowych. Składa się z sześciu wielkich pokojów, z których każdy ma osobną łazienkę, ale też… osobny balkon.

Wszystkie podłogi, także w łazienkach są z białego marmuru. Sam budynek nie jest specjalnie efektowny i trudno byłoby domyśleć się, że w środku zobaczę to, co zobaczyłem. Podwójne drzwi, zewnętrzne pięknie, misternie rzeźbione w stylu kaszmirskim. Zresztą w całym mieszkaniu jest sporo “cudeniek” opartych na motywach regionu Kaszmir-Dżammu. Jest też służący, bezszelestnie pomagający pani domu, a to zagotować wodę, a to przynieść posiłek… Tradycyjny wystrój, hinduistyczne bóstwo strzegące domu ze ściany w salonie jakoś całkiem dobrze korespondują z supernowoczesnym, wielocalowym telewizorem o ogromnym ekranie, czy sprzętem hi-fi. Słowem: Indie w pigułce.

W stolicy kraju są 2 lotniska: międzynarodowe im. Indiry Gandhi i krajowe. Przy obu, nawet najbardziej oblężone Okęcie, to azyl spokoju. Z portu obsługującego zagranicę samoloty odlatują – i to kilka naraz – jeszcze przed 3. rano. Mimo strasznego ścisku jest porządek, a obsługa, ale też policjanci strzegący porządku, są mili.

Co ciekawe, istnieje bardzo duża liczba prywatnych przewoźników – szczególnie na liniach krajowych. Te “Spicyjety”, “Kingfishery” i szereg innych powodują walkę o klienta, niższe ceny na bilety, większy przez to ruch. W Indiach lot samolotem powoli przestaje być dobrem luksusowym, podobnie jak stało się to w Polsce po wprowadzeniu linii “lowcost”-owych.

Lotniska są więc OK, tylko te toalety… Najczęściej zamiast muszli klozetowych miejsce na stopy, czyli, jak mówią górale, pozycja “na Małysza”. No, ale po doświadczeniu krajów dawnego ZSRR i arabskich to prawie norma…

A propos “Kingfishera” – to nie tylko linie lotnicze, ale przede wszystkim najbardziej znane indyjskie piwo. Można je zamówić w każdym hotelu i każdym barze. Ba, koncern, który je produkuje wpadł na ciekawy pomysł reklamowy: w okolicach dojazdu do większych miast czy atrakcji turystycznych, wszędzie na okolicznych płotach, widać charakterystyczny, czerwony, od biedy przypominający polskiego “Żywca”, znak firmowy “Kingfishera”. I wszyscy są zadowoleni: biedni Hindusi, bo im browar płot naprawi i odmaluje, sam koncern, a i fiskus indyjski, bo podatki od zysków firmy można bez uszczerbku dla innych pozycji budżetowych przeznaczyć choćby na dożywianie “świętych krów”.

A “Kingfisher” rośnie w siłę. Do tego stopnia, że ostatnio przejął jakieś gorzelnie whisky w Wielkiej Brytanii, finalizuje przejęcie części amerykańskich i wówczas – jak z dumą podkreślają sami Hindusi – ma stać się największym producentem alkoholu na świecie…

Tradycja tradycją, a nowoczesność, także ta dość prymitywnie pojęta, wciska się w indyjską rzeczywistość. Spożycie alkoholu wśród młodzieży w dużych miastach jest spore, wieczorami można spotkać dość często i niemało podchmielonych młodych mężczyzn. A prasa podnieca się przyjazdem (dziś akurat zresztą) do Bombaju (teraz Mumbai)… Madonny.

Oczywiście prasa nie pisze tylko i nie głównie o tym. Znacznie ważniejsza jest choćby statystyka z “India Times”, mówiąca, że noworoczny (o 2.25 w nocy) zamach w Rampurze – dzieło islamistów – jest już 20 atakiem terrorystycznym w Indiach w ciągu ostatnich trzech lat, pominąwszy oczywiście stan Kaszmir-Dżammu – bo tam takie zamachy to, jak powiedział mi pewien Hindus, “norma”. Cóż, taka jest również rzeczywistość tego kraju, który na naszych oczach, powoli, systematycznie staje się mocarstwem.

Zwrócono mi uwagę, że zaniżyłem liczbę mieszkańców stolicy Indii i to o – bagatela – parę milionów. Skąd! Napisałem zgodnie z prawdą, że New Delhi jako takie liczy ok.11,5 mln mieszkańców. Natomiast zespół miejski -18 mln, a aglomeracja – 21 mln. Dlatego właśnie największym miastem Indii pozostaje Kolkata (bardziej znana jako Kalkuta, teren misyjnego działania św. Matki Teresy z Kalkuty, a nie z Kolkaty…), licząca 20 mln mieszkańców. Zresztą Kalkuta była stolicą Indii Brytyjskich, aż do 1912 roku, gdy Brytyjczycy przenieśli ją właśnie do Nowego Delhi. Potem w naturalny sposób Delhi stało się stolicą niepodległych Indii – i tak jest od 61 lat. Ale Delhi – w czasach starożytnych noszące nazwę Indrapastha – niemal zawsze było miastem stołecznym. Okres 109 lat, gdy w brytyjskiej kolonii “panowała” Kalkuta należy do wyjątków (1803-1912). Tak było podczas władzy muzułmanów w średniowieczu – Delhi było stolicą sułtanatu delhijskiego (począwszy od początku XIII wieku). Gdy przeszło wiek później zajęły je wojska dynastii Timurydów (jej początek dał Timur Wielki), Delhi dalej było centrum tamtejszego wszechświata. Podobnie, gdy przez 213 lat pełniło funkcję stolicy państwa Wielkich Mogołów (XVI-XVIII wiek).

Ciekawostka: New Delhi ma swoistą “pamiątkę” z czasów, gdy Indie stały na czele nieformalnego frontu “państw niezaangażowanych” – tych, które nie chciały ani wiązać się z obozem komunistycznym i ZSRR ani z “kapitalistami” i USA. Otóż miastem partnerskim New Delhi pozostaje z tamtych czasów… Belgrad, jako że dawna Jugosławia, po rozbracie z Moskwą, była – obok Indii – filarem “krajów niezaangażowanych”. Gwoli ścisłości muszę dodać, że obecnie “miastami bliźniaczymi” dla Delhi są również Waszyngton i Chicago…

Pisałem wcześniej o 23 językach oficjalnych Indii (2 “centralne” – hindi i angielski i 21 “stanowych”). Dodać należy jeszcze 8 niemających oficjalnego statusu w poszczególnych stanach, ale używanych przez ponad 5 milionów ludzi! W sumie więc Indie to kraj 30 języków plus angielski i ok. 200 dialektów. Języki służą do zachowania autonomii kulturowej, odrębności quasi-politycznej, ale już nie do kreowania osobnych narodowości. Mozaika językowa subkontynentu nie przekłada się wcale na mozaikę narodową. Hindi natomiast jest “primus inter pares” – najważniejszy, dominujący, ale bez możliwości stania się jedynym. Nawet licząc spokrewnione z hindi języki bihari i urdu – to w sumie mówi nimi tylko (choć też “aż”) ok. 40 % mieszkańców państwa. To pokazuje, że rozpoczęta 18 lat po uzyskaniu niepodległości akcja “hindyzacji” językowej nie powiodła się…

Zobacz też


Indianie – kultura rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej…

Kultura Indian Ameryki Północnej jest wbrew obiegowej opinii bardzo zróżnicowana. Różnice te wynikają przede wszystkim z warunków naturalnych, w których rozwijały się poszczególne kultury.

Indianie Starożytne CywilizacjeKultura Indian Ameryki Północnej jest wbrew obiegowej opinii bardzo zróżnicowana. Różnice te wynikają przede wszystkim z warunków naturalnych, w których rozwijały się poszczególne kultury. Jedną z najbardziej odmiennych a poprzez to ciekawą jest kultura Indian Pueblo i innych zamieszkujących tereny południowego zachodu Ameryki Północnej. To właśnie tymi kulturami zajmę się w tej pracy. Kultura Pueblo wykształciła się w specyficznych jak na kontynent północnoamerykański warunkach. Są to tereny głównie suche obszary półpustynne oraz góry stołowe (wyżyna Kolorado z płaskimi meas) oraz liczne kaniony wyżłobione przez rzeki. Takie warunki klimatyczne i terenowe sprawiły, że osiadli tu Indianie wskutek małej ilości zwierzyny łownej czy dzikich roślin owocowych zajęli się rolnictwem i przestawili się na osiadły tryb życia. Ich kultura natomiast prócz głównych cech ludów rolniczych była związana z żyjącymi na terenach dzisiejszego Meksyku cywilizacjami Majów, Azteków i innych zamieszkujących te terytoria kultur. Pozostałe plemiona zamieszkujące te tereny przejęły sporo od Pueblo i wykształciły własny wyjątkowe kultury. Spory wpływ na Indiach tego regionu miało przybycie w XVI wieku Hiszpanów, od których Indianie nauczyli się wielu nowych umiejętności i potrafili stać się w nich prawdziwymi mistrzami.

Podobnie jak u innych ludów głównym źródłem kultury Indian była przyroda. Z natury pochodzą zarówno źródła Indiańskich wierzeń, obyczajów jak i sposobów zdobywania pokarmu. To właśnie w zjawiskach przyrodniczych Indianie znaleźli źródła swoich wierzeń, ponieważ w przeciwieństwie do Europejczyków uważali się za jej część i nie zamierzali jej sobie podporządkowywać. Również ich tryb życia, obyczaje były ściśle związane z rytmem przyrody i z jej bogactwem. Indianie potrafili harmonijnie współżyć z naturą, umiejętnie czerpać z niej bez wyrządzania jej szkody. Oczywiście pierwsi ludzie, którzy dotarli na kontynent amerykański przynieśli ze sobą swoje kultury, które potem były modyfikowane. W samej tylko Ameryce północnej istniało ponad 2000 języków, którymi posługiwały się odmienne plemiona, mające własną sztukę, systemy wierzeń i struktury społeczne.

Teorie na temat pojawienia się ludzi w Ameryce

Najpopularniejszą i zarazem najbardziej prawdopodobną teorią wyjaśniającą pojawienie się ludzi w Ameryce jest teoria przybycia ludzi z Azji poprzez cieśninę Beringa. Wobec badań geologicznych dogodne przejście istniało tam co najmniej dwa razy w okresie od 50 tyś. do 8 tyś. lat p.n.e. Wskutek zmagazynowania wody w lodowcach poziom oceanu obniżył się o około 100 metrów co spowodowało utworzenie dogodnego przejścia lądowego między Azją a Ameryką. Przybysze reprezentowali przede wszystkim rasę mongoloidalną zamieszkującą Azję, a w późniejszych czasach przybyli także Eskimosi i Aleuci.

Kolejna teoria mówi o przybyciu ludzi na kontynent południowoamerykański z obszaru Azji południowo wschodniej i z Polinezji. Przemawiają za tą teorią fakty takie jak korzystne prądy morskie z zachodu na wchód na oceanie spokojnym, zasiedlenie bardzo dalekich od Azji wysp na Pacyfiku czy też istnienie dowodów na najstarszą obecność człowieka właśnie na zachodnim wybrzeżu kontynentu.

Podobna teoria dotyczy także dotarcia ludzi do Ameryki przez Atlantyk na długo przed Kolumbem i Wikingami. Dowód na to, że było to możliwe dostarczył Thor Heyerdahl, który podjął udaną próbę przepłynięcia morza śródziemnego i Atlantyku na papirusowej łodzi „Ra”. Za morskimi teoriami skolonizowania ameryki przemawiają podobieństwa rzeźb mieszkańców Polinezji do mieszkańców zachodnich wybrzeży Ameryki, budowa piramid do Egiptu, a także pokrewieństwa językowe niektórych plemion indiańskich do Celtów, Fenicjan, Libańczyków czy nawet Basków. Prócz teorii o dotarciu do Ameryki w starożytności przedstawicieli cywilizacji Egipskiej, Fenickiej (słynącej z potężnej floty i odważnych żeglarzy) jest także teoria o dotarciu w starożytności do Ameryki chińskiej wyprawy, o której wspominają zarówno chińskie jak i środkowoamerykańskie poszlaki..
O różnorodności dróg dotarcia ludzi do Ameryki może świadczyć fakt ogromnej różnorodności zarówno rysów twarzy jak i kolorów skóry Indian, od zupełnie brązowej aż po prawie białą.

Najstarsze cywilizacje na terenie południowego zachodu

Najstarsze ludzkie szczątki jakie znaleziono mają około 38 tyś. lat (Lewisville w Teksasie). Jednak tamci pierwotni Indianie byli jeszcze koczownikami polującymi na mamuty czy karibu oraz trudnili się zbieractwem. Pierwszą osiadłą kulturą datuje się na około 9 tyś. lat p.n.e., która prócz wciąż koczowniczego trybu życia budowała osiedla nad rzekami i jeziorami. Mieszkali oni w tych osiedlach przez jakiś czas a następnie udawali się na inne miejsce. Te najstarsze kultury zwane są wyplataczami koszy. Najstarsze świadectwa koszykarstwa odnaleziono w Utah w Grocie Niebezpieczeństw 7,5 tyś. lat p.n.e. Kosze po uszczelnieniu żywicą i bogatym ozdobieniu używano do transportu wody, gotowania, prania, farbowania i wytwarzania napojów alkoholowych.

Pierwszą kulturą uprawiającą ziemię była tzw. Kultura Cochise w Arizonie i Nowym Meksyku. Działo się to już około 3,5 tyś. lat p.n.e. Z tego okresu pochodzą najstarsze świadectwa uprawy kukurydzy w Teksasie, Utah i Kolorado. Wiedza na temat uprawy roślin przywędrowała na te tereny z Ameryki Środkowej, gdzie wcześniej wykształciły się już cywilizację zajmujące się rolnictwem. Kulturą uchodzącą za pierwszych budowniczych domów, garncarzy i rolników była kultura Mogollon datowana na około 300 rok p.n.e. Uprawiali oni kukurydzę, fasolę, dynię, tytoń i bawełnę ale trudnili się także zbieractwem i łowiectwem. Hohokan natomiast wprowadzili technologię nawadniania pól budując wielokilometrowe kanały. Domy budowali z pali i gałęzi obrzucanych gliną.

Mieszkańcami kanionów i gór skalistych na styku Utah, Arizony i Nowego Meksyku byli Anasazi. Zajmowali się rolnictwem, słynęli także z wytwarzania koszyków. Uważa się ich za bezpośrednich poprzedników Indian Pueblo. To oni założyli około 1150 roku p.n.e. najstarszą stałą osadę w Ameryce Północnej – Pueblo Oraibi. Potrafili budować nawet pięciokondygnacyjne pueblos przylepiane do skał, dochodzące nawet do 800 pomieszczeń.

Indianie południowego zachodu

- Indianie Pueblo
Ojczyzną ludów Pueblo jest południowy zachód Ameryki Północnej. Nazwa Pueblo oznacza w języku hiszpańskim wioskę. Tereny, na których zamieszkiwali wyznaczają rzeki Rio Grande oraz Gila i Salt w Arizonie. Właściwy rozwój kultury Pueblo miał miejsce od XI do XIV wieku. Byli to rolnicy, prowadzący osiadły tryb życia zamieszkując w dużych budowlach o konstrukcji tarasowej, przypominających dzisiejsze bloki mieszkalne. Materiałem budowlanym była głównie glina zmieszana ze słomą i plewami. Taka mieszanka nosiła nazwę adobe i była niezwykle mocna co można obserwować do dziś. Posiadały one wiele, nawet do kilkuset pokoi. Pueblo miały także charakter obronny. Położone były z reguły na wzgórzach lub w kanionach co ułatwiało obronę przed wojowniczymi Indianami z północy. Dla skutecznej obrony budowle te nie posiadały okien na najniższych kondygnacjach i wejście do nich stanowił otwór w dachu, do którego wchodziło się po drabinie.

Nazwa Indian Pueblo obejmuje wiele ich grup. Do najważniejszych plemion należeli Hopi, Zuni, Keres, Towa, Tiwa i Tewa. W ich wierzeniach centrum kosmosu stanowiło tzw. Sipapu czyli miejsce, w którym z ciemnego podziemnego świata wyłonił się ojciec rodu. Tworzyli wokół siebie miejsca otoczone z każdej strony świętym obszarem, w którym życie musiało być harmonijne i wolne od złych postępków. Jeśli natomiast brali udział w wojnie to przed walką odprawiali trzydniowe ceremonie. W wioskach zawsze jedno z pomieszczeń o znacznej wielkości nazywane kiva (z języka Hopi) przeznaczone było do zgromadzeń i obrzędów religijnych.
Oprócz rolnictwa, Pueblo trudnili się także garncarstwem, które z czasem stało się bardzo bogato zdobione, tkactwem ubrań, kocy i mat wyrabianych z bawełny lub z włókien palmy yukka. Poziom ich kultury pod wieloma względami nie odbiegał od poziomu spotykanego w wielu wioskach europejskich i azjatyckich w okresie odkryć geograficznych.

Ostatnia faza Kultury Pueblo przypada na lata 1300 – 1700. Hiszpanie natknęli się na nią w połowie XVI wieku. Dość szybko pojawiły się tam pierwsze misje katolickie. W 1680 roku ludy Pueblo podniosły bunt i udało im się wygnać na pewien czas Europejczyków, którzy odzyskali kontrolę nad ich terenami w 1692 roku.

- Hopi
Plemię Indian Hopi zamieszkujących tereny Arizony, Kolorado i Nowego Meksyku uważa się za bezpośrednich potomków Anasazi. Przejęli po nich wierzenia, umiejętności życia w bardzo suchym, półpustynnym klimacie oraz technikę budowy pueblos. Podobnie jak inni Indianie Pueblo, Hopi należą do uto-azteckiej grupy językowej, ich nazwa pochodzi od słowa hopita co oznacza łagodni. Jako rolnicy uprawiali głównie kukurydzę, fasolę, dynię i słonecznik. Ponieważ w tym klimacie nie było to łatwe stosowali różne zabiegi w celu ochrony zbiorów. Budowali specjalne osłony wokół roślin w celu zabezpieczenia ich przed nawiewanym z pustyni piaskiem. Dla zapewnienia natomiast odpowiedniej wilgotności gleby do poszczególnych sadzonek doprowadzili małe kanaliki przez które dostarczali wodę. Czynności związane z uprawą były bardzo pracochłonne, więc brali w nich udział wszyscy członkowie społeczności za wyjątkiem najmłodszych dzieci i niedołężnych starców.

Struktura społeczna Charakteryzowała się matrylinearnością i matrylokalowością co oznacza, że to kobiety posiadają domy i pola, a dzieci nalezą do klanu matki. Obowiązuje monogamia, ale z instytucją rozwodu, który można przeprowadzić wystawiając przed drzwiami koc niechcianego męża.

Ich wierzenia i obrzędowość wiąże się z kultem sił przyrody i przodków. Podobnie jak niektóre inne plemiona indiańskie wieżą w mit Starszego Białego Brata, na którego powrót czekają. Nazywają go Pahana. Wieżą, że powrót Pahany będzie oznaczał przezwyciężenie zła i koniec obecnego niezrównoważonego świata. Mają bardzo rozbudowany system mitologii i wierzeń. Ich kodeks etyczny tzw. Droga Hopi to kod uczuć i zachowań, w którym jednostka przynosi sobie i całej społeczności pokój, dobrobyt i szczęście, ale indywidualny los podporządkowany jest całej grupie. Ważnym elementem kultu przodków są tzw. laleczki Kachiny. Tak też nazywają się duchy przodków, które przychodzą do ich wiosek w dzień przesilenia zimowego i na święto sadzenia fasoli. Laleczki Kachina maja jedynie przypominać o istnieniu duchów, a nie stanowią obiektu czci.

- Zuni
Należą do zachodniej grupy Indian Peublo, zamieszkują głównie w Nowym Meksyku. Posługują się językiem tano należącym do uto-azteckiej grupy językowej. Podobnie jak Hopi zajmują się rolnictwem, ale także garncarstwem, tkactwem oraz okazali się mistrzami sztuki kowalskiej w srebrze, której nauczyli się od Hiszpanów. Ich wyroby garncarskie były przeznaczona zarówno do użytku w gospodarstwie, jak i do obrzędów religijnych. Miały one różne kształty i wielkości, a zdobiły je czarno-białe i czerwone wzory geometryczne oraz motywy ze świata zwierzęcego. Również od Hiszpanów zapożyczyli umiejętności hodowli zwierząt gospodarskich, przede wszystkim owiec. Pozwoliło to rozwinąć ich umiejętności tkackie.

Magiczną moc według nich posiadają turkusy. Używają ich jako ozdoby w połączeniu ze srebrem oraz jako amulety. Wieszają je przy drzwiach wejściowych do domów i nad kołyskami swych dzieci żeby odpędzić złe duchy. Obecnie ich wyroby rzemieślnicze takie jak biżuteria, ozdoby czy koce są przeznaczone głównie dla turystów. Ich mitologia jest bardzo podobna do Indian Hopi, z którymi są spokrewnieni. Ważną rolę, podobnie jak u Hopi spełniają laleczki Kachina. W odróżnieniu od Hopi jednak, ich laleczki mają ruchome ręce i prawdziwą (niemalowaną) odzież.

W okresie przybycia Europejczyków żyli w siedmiu osiedlach nazywanych Siedmioma Miastami Ciboli. Odkrył je w 1530 roku członek wyprawy Marcosa de Niza imieniem Estevanico. Już w 1540 roku rozpoczęła wśród nich działalność misja katolicka. Z biegiem czasu Hiszpanie skupili wszystkich Zuni w jedną wspólnotę żyjącą wokół wybudowanego przez siebie kościoła misyjnego. Obecnie zajmują małe terytorium w zachodniej części stanu Nowy Meksyk. Ich liczebność w 1985 roku szacowano na około 7750 osób.

Inne plemiona południowego zachodu

Indian Pueblo od północy i wschodu otaczały plemiona koczownicze i półkoczownicze. Największymi plemionami wśród nich byli Atapaskowie, w skład których wchodzili Nawahowie i Apacze.

- Nawahowie
Nawahowie to obecnie największy liczebnie naród indiański w USA, dysponujący największym rezerwatem. Pierwotnie prowadzili wojowniczy tryb życia i napadali na Indian Pueblo, a później także na Hiszpanów. Z czasem jednak przeszli na bardziej osiadły tryb życia stając się hodowcami owiec i rolnikami. Od początku XVIII wieku prócz owiec hodowali konie. Byli dość zamożni i posiadali nawet niewolników, głównie Indian z plemienia Paunisów. Podobnie jak Zuni okazali się zdolnymi kowalami w srebrze, którą to umiejętność przejęli od Hiszpanów. Obecnie żyją w północno wschodniej Arizonie, północno wschodnim Nowym Meksyku, południowo wschodnim Utah i w kilku miejscach w Kolorado. Posługują się językiem zaliczanym do rodziny języków na-dene z atapaskańskiej grupy językowej.

Według legend, pierwotnie u Indian Nawaho było pięć klanów. Małżeństwa wewnątrz jednego klanu uważano za kazirodztwo, więc zachodziła konieczność mieszania się z innymi klanami i plemionami. Powodowało to wzrost ich liczebności w szybkim tempie. Od Pueblo przejęli model społeczeństwa matrylinearnego, ale z tą różnicą, że młoda para zamieszkiwała we własnym domu. Nie były to jednak domy typu pueblo lecz tzw. hogany, półowalne, drewniane chaty przykryte gałęziami uszczelnione ziemią lub adobe.

W ich religii ziemia, na której żyją jest święta. Ceremonie odbywały się w świętym hoganie. Obrzędy były nierozerwalnie związane z wzniosłymi pieśniami, z których słyną. Musieli znać na pamięć ponad 500 pieśni, a każda była poświęcona innej intencji, np. uzdrawianiu chorych. Śpiewanie miało na celu pogodzenie ciała z umysłem chorego ze światem, aby doprowadzić do jego wyzdrowienia.

W 1990 roku ich liczbę szacowano na 22,5 tysiąca osób. W 2003 roku przedstawiciel Nawahów Joe Shirley Jr. Podpisał z władzami stanu Nowy Meksyk porozumienie w sprawie działalności hazardowej. Obecnie 12 plemion Nawahów prowadzi kasyna, ale nie na ich świętej ziemi tylko w oddzielnych miejscach oddalonych od rezerwatów nawet o 100 mil.

- Apacze
Nazwa plemiona Apaczów pochodzi z języka Zuni i oznacza nieprzyjaciela. Sami siebie natomiast nazywają podobnie jak wiele innych plemion po prostu ludźmi (w ich języku to Tinde lub Tinneh). Podobnie jak Nawahowie nalezą do atapaskańskiej grupy językowej. Zamieszkiwali tereny Arizony, Teksasu i Kansas w dorzeczach rzek Kolorado, Gila i Rio Grande. Dzielili się na cztery podstawowe grupy: Chiricahua, Jicarillo, Mescalero i Lipan. Ich pierwotne siedziby znajdowały się nad górnymi dopływami rzeki Mackenzie w Kanadzie. Od XV wieku wraz z Nawahami przemieszczali się na południe, docierając w XVII wieku na tereny między rzekami Kolorado i Rio Grande, a nawet do północnych krańców obecnego Meksyku.

Pierwotnie byli koczownikami i myśliwymi ale po dotarciu na południe część z nich zmieniło tryb życia na osiadły, trudniąc się rolnictwem i hodowlą. Żyli głównie w małych grupach nie tworząc wspólnej organizacji plemiennej, a jednoczyli się tylko w momentach zagrożenia pod przywództwem wybranego na ten czas wodza. Najsławniejszym ich wodzem był Geronimo, który poddał się amerykanom jako ostatni niezależny wódz indiański w 1886 roku. Przez długi okres tworzyli barierę dla zachodniej ekspansji białych kolonizatorów. Zabiegi hiszpańskich misjonarzy wobec nich nie przynosiły rezultatów. Ich potęga zaczęła słabnąć u progu XVIII wieku wraz z najazdem z północy Komańczów i Kiowa.

Współcześnie zamieszkują rezerwaty w Arizonie, Kolorado, Nowym Meksyku i Teksasie oraz w Meksykańskich stanach Chihuahua i Sanora. Ich liczebność to około 11 tysięcy osób.

Opisane wyżej Indiańskie plemiona zamieszkujące najgorętsze tereny Ameryki Północnej stanowią dowód na to, że Indianie to nie tylko „dzikusy: biegający po lasach z łukami bądź za bizonami. Indianie Pueblo, a także mieszkający obok nich Nawahowie i Apacze wykształcili wysoko rozwinięte kultury. Okazali się wysokiej klasy architektami, rzemieślnikami i rolnikami. Niewątpliwie na Indian Pueblo ogromny wpływ miało sąsiedztwo Majów i Azteków, a na Nawahów i Apaczów sami Pueblo. Nie umniejsza to jednak ich umiejętności dostosowania się do trudnych warunków i twórczego rozwinięcia umiejętności nabytych od sąsiadów.

Mimo na pozór bardzo podobnych zwyczajów, wierzeń i sztuki każde z przedstawionych plemion wykształciło pewne odmienne elementy kultury. Zarówno Hopi jak i Zuni jako przedstawiciele Indian Pueblo prowadzili podobny tryb życia. Posiadali jednak odmienne niektóre elementy dotyczące wierzeń, mitologii, różnili się w pewnych aspektach tworzonej sztuki i obyczajów. Jeszcze większe różnice były pomiędzy pochodzącym z tych samych i mających podobną przeszłość Nawahami i Apaczami.

Oczywiście można wyróżnić pewne cechy wspólne wszystkich Indian jednak na podstawie opisanych plemion wynika, że zróżnicowanie kultur indiańskich na terenie Ameryki północnej było w momencie przybycia Europejczyków ogromne. Biali ludzie wywarli również wpływ na kultury Indian poprzez przyniesienie tam nowych umiejętności, przedmiotów czy zwierzą (głównie koni). Niestety prócz tych rzeczy przynieśli także choroby, śmierć i żądze zysku.

Piśmiennictwo:
-Cyrus S. Irene, Indianie Ameryki Północnej, Kraków 1997
-Rozbicki J. Michał, Narodziny narodu; Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku, Warszawa 1991
-red. Rozbicki J. Michał, Wawrzyczek I., Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki, tom 1, Warszawa 1995
-Gołębiewski M., Dzieje kultury Stanów Zjednoczonych, Warszawa 2004
-http://radessa.republika.pl
-http://www.huuskaluta.com.pl
-http://www.zb.eco.pl
-http://www.kama.rb.pl

Autor: Przemysław Szczypczyk; mgr kulturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim w kierunkach Dzieje i kultura Bałkanów oraz Amerykanistyka. Właściciel i administrator sklepu internetowego www.activebrain.pl

———-

Autor:
Przemysław Szczypczyk; mgr kulturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim w kierunkach Dzieje i kultura Bałkanów oraz Amerykanistyka. Właściciel i administrator sklepu internetowego www.activebrain.pl – odżywki i suplementy dla mózgu.

———-

Ten artykuł pochodzi z serwisu Artykularnia.pl – źródła darmowych artykułów do przedruku!

Wenetowie

O Wenetach mówią nam rozliczne informacje zawartym w starożytnych tekstach. W rzeczywistości nazwa ta wydaje się odnosić do przynajmniej 3 różnych ludów. Czy ludy te łączyło coś ze sobą? Czy, jak chcą niektórzy, stanowili oni pozostałość przedindoeuropejskiej ludności Europy? Spróbujemy przyjrzeć się znanym faktom, a następnie wyciągnąć z nich jakieś wnioski.

Wenetowie Starożytne CywilizacjePo pierwsze, Homer wspomina bałkańskich i małoazjatyckich Henetów lub Enetów („Paflagończykom przewodził Pylajmen o sercu walecznym z kraju Enetów, skąd rodem są muły dziko żyjące” – Iliada, II, 851-852). Wedle legend bohater trojański Antenor osiedlił się po upadku Troi wraz z Enetami nad dolnym Padem. I rzeczywiście, nazwa Wenetów – łac. Veneti – odnosi się do ludu zamieszkującego starożytne miasta Atria (dziś Adria), Ateste (dziś Este) i Patavium (dzisiaj Padwa) nad Adriatykiem, o którym piszą Herodot, Polybios i liczni autorzy łacińscy. Ślady po Wenetach pozostały jednak także na północ od Alp (zob. niżej). Po drugie, chodzi o lud opisywany przez Cezara jako celtycki (właściwie galijski), osiadły na północnym zachodzie Galii, w prowincji Aremorica nad Atlantykiem, wzbogacony na handlu z Brytanią, podbity przez Rzymian w 56 p.n.e. Być może jakiś ich odłam dotarł na Wyspy Brytyjskie do Walii, zob. niżej. Wreszcie po trzecie, nazwa Wenetów odnosi się do ludu mieszkającego nad Bałtykiem, o czym dokładniej będzie mowa dalej.

Po nazwie Wenetów pozostało sporo śladów w całej Europie, a nawet poza nią. W starożytności Jezioro Bodeńskie nosiło nazwę Venetus. 100 km na północ od niego znajduje się góra Wenneder Berg, przesuwając się zaś w kierunku wschodnim znajdziemy nad górnym Innem między Landeck a Imst górę Venetberg. W Tyrolu u źródeł Isel (50 km na wschód od Innsbrucku) istnieje szczyt Groß Venediger, w starożytności Mons Veneticus. Około 50 km na wschód od Kolonii (a więc około 400 km na północ od Jeziora Bodeńskiego!) leży miasteczko Wenden. Znacznie dalej na północ, w Danii, Szwecji i Norwegii, istniały krainy o nazwach zawierających elementy Vends-, Vendil-, Vandil-, Venden-. Najbardziej wysunięta na północ część Danii nosi nazwę Vendsyssel (zob. tutaj ; syssel był jednostką administracyjną). Jedna z dzielnic Sztokholmu do dziś nosi nazwę Vendel. Zazwyczaj toponimy te łączy się z Wandalami, ale ich praźródłem może być jakaś zgermanizowana gałąź Wenetów.

Na Łotwie, nad rzeką Gauja, leży miasto Kieś (Cēsis), noszące dawniej niemiecką nazwę – Wenden, a na wybrzeżu Bałtyku leży Windawa, nosząca łotewską nazwę Ventspils. W języku fińskim Venäjä, Venädä, Venät, w estońskim Vene, oznacza Rosję. Jedno z plemion słowiańskich to Wiatycze, których nazwa dość jasno łączy się z Wenetami. Dość tajemniczy, ale niewątpliwy związek z nazwą Wenetów ma walijskie określenie Gwynedd odnoszące się do północnej Walii. Na południe od ujścia Loary rozciąga się francuska prowincja Vendée, a w płd. Bretanii leży miasto Vannes, ślady po Wenetach nadatlantyckich. Mamy też oczywiście Wenecję, dziś stolicę prowincji Wenecja Euganejska (Veneto) we Włoszech, powstałą wedle nieco legendarnych przekazów na wysepkach laguny u północnego wybrzeża Morza Adriatyckiego, gdzie w IV w. n.e. zaczęli się osiedlać ludzie uciekający przed najazdami barbarzyńców. Zatoka Wenecka nosi słoweńską nazwę Beneški zaliv. Nazwę tę trudniej skojarzyć z Wenetami. Jeszcze może trudniej skojarzyć, że jeden z krajów Ameryki Południowej, Wenezuela, to po hiszpańsku Mała Wenecja. Na koniec mamy także Wenecję w Polsce. Miejscowość o tej nazwie leży w okolicach Żnina, na Pojezierzu Gnieźnieńskim, a na jej terenie znajdują się ruiny gotyckiego zamku z XIV wieku i Muzeum Kolei Wąskotorowej.

Wenetowie nadadriatyccy

Ludność zamieszkująca tereny Wenecji nadadriatyckiej posługiwała się językiem, który został w pewnym stopniu poznany dzięki odnalezieniu setek inskrypcji wotywnych i nagrobnych. Pierwsze dokonane analizy wskazywały na przynależność ich języka do ligi italskiej, a więc zespołu języków wtórnie upodobnionych do siebie w skutek bliskiego sąsiedztwa na obszarze dzisiejszych Włoch. Jednocześnie wskazywano na cechy łączące wenetyjski z celtyckim (np. końcówki -ār, -ēr w 3. lp), germańskim (np. mego ‘mnie’ = goc. mik, niem. mich, wen. sselboi = ang. self) i językami Bałkanów. Dziś dzięki nowym odkryciom można dokładniej określić pokrewieństwa języka nadadriatyckich Wenetów z innymi językami indoeuropejskimi, można także odgadnąć w jakimś stopniu ich najwcześniejsze dzieje. W ostatnich latach uznano wenetyjski za język przynależny już nie tylko do ligi, ale i do grupy italskiej. Oznacza to, że podobieństwa wenetyjskiego do łaciny wynikają z pokrewieństwa, a nie tylko z zapożyczeń (mówi się w tym kontekście np. o występowaniu w wenetyjskim italoceltyckiej końcówki -ī w dopełniaczu rzeczowników o tematach na -o-, a także o typowo italskiej deklinacji rzeczowników rodzaju żeńskiego na -ēs).

Dane archeologiczne wskazują, że w okresie 2500 – 1800 p.n.e. nastąpił rozkwit przypisywanej Indoeuropejczykom ceramiki sznurowej od ujścia Renu po góry Europy Środkowej i rejon Wołgi. Miały miejsce także masowe migracje wielu ich grup. Mniej więcej w tym właśnie okresie do Anatolii dotarli Hetyci i ich pobratymcy, a Pelazgowie osiedlili się w pewnych rejonach Grecji. Na północ od nich mieszkali zapewne przodkowie dzisiejszych Greków i Ormian. Wtedy to także pierwsza fala Indoeuropejczyków, ludy protoitalskie reprezentowane przez Sikulów, pojawiła się na Półwyspie Apenińskim. Przodkowie późniejszych Germanów dotarli zaś do Skandynawii, gdzie zaczęli stapiać się z nieindoeuropejskimi ludami kultur megalitycznych. Obszar Karpat zamieszkiwali przodkowie Ilirów i Mesapijczyków (Mesapiów, przez niektórych łączonych z ludami protoitalskimi), zaś nad Dunajem rozlokowali się przodkowie Italów i Celtów, z czasem przesuwający się w kierunku jego źródeł. Wśród nich byli też zapewne późniejsi Wenetowie. W czasie różnicowania się dialektów italoceltyckich obszar zajęty przez Protowenetów kontaktował z obszarem zajętym przez Germanów, stąd cechy germańskie w ich języku. Protowenetowie (zamieszkujący też nad Jeziorem Wenetyjskim = Bodeńskim i w okolicach Mons Veneticus) oddzielali tym sposobem Germanów od Celtów – dlatego substrat nieindoeuropejski inaczej oddziałał na celtycki, a inaczej na germański.

W ciągu II i I tysiąclecia p.n.e. do Italii zaczęły przedostawać się kolejne fale języków italskich, nasuwając się na ludy protoitalskie i nieindoeuropejskie (jak Ligurów czy Sikanów). Trudno tu jednak niestety o dokładniejsze datowanie. Pierwsza fala objęła Latynów (może już w XX w. p.n.e., choć niektórzy podają datę XII – XIII w. p.n.e.), druga – Osków (XV w. p.n.e.) i Umbrów (XII w. p.n.e.), a trzecia – Wenetów (XI w. p.n.e.), którzy zajęli obszar między Adygą, Alpami a Triestem. Niektórzy sugerują, że wędrówki ludów italskich zakończyły się około roku 500 p.n.e., inne, że już około roku 1000 p.n.e. Być może część plemion wenetyjskich zawędrowała aż na Bałkany, a nawet przekroczyła Bosfor, i tam roztopiła się w masie zastanej ludności, lecz pozostawiła wspomnienie u Homera. Trudno powiedzieć, czy to rzeczywiście ta gałąź zawędrowała zgodnie z legendą o Antenorze z powrotem nad północny Adriatyk.

W IX w. p.n.e. na Półwysep Apeniński przybywają nieindoeuropejscy Etruskowie, a około 700 roku pojawiają się pierwsze ich inskrypcje w oryginalnym alfabecie wywodzącym się z pisma greckiego. Wenetowie toczyli z nimi wojny o panowanie w północnej Italii i zostali przez nich podbici w latach 650 – 350 p.n.e. Nieprzyjazny stosunek Wenetów do Etrusków nie przeszkadzał im w zapożyczaniu pewnych elementów ich kultury, w tym pisma i pewnych wyrazów, jak aisun ‘bóg’, z etruskiego ais, aiso. Już około roku 500 p.n.e. zaczęto wykonywać pierwsze napisy wenetyjskie, wykonane w piśmie bardzo przypominającym etruskie.

Wedle źródeł historycznych w 390 roku p.n.e. miał miejsce najazd Galów na Italię. Galowie, czyli Celtowie, stanowili kolejną falę migracyjną zza Alp. Wenetowie walczyli z nimi wespół z Rzymianami, ulegając coraz bardziej intensywnej romanizacji. Od roku 150 p.n.e. pojawiają się inskrypcje wenetyjskie w alfabecie łacińskim. 50 lat później, a więc w okolicach roku 100 p.n.e., język wenetyjski wychodzi z użycia, wyparty przez łacinę.

Wenetowie nadatlantyccy

O ludzie tym wiadomo niezbyt dużo. Nieznane są ich dzieje w okresie poprzedzającym wojnę galijską, nie wiadomo zwłaszcza, kiedy pojawili się nad Atlantykiem. Możemy jedynie snuć domniemania, czy było to jedno z plemion celtyckich, czy też może inny lud, pokrewny Wenetom nadadriatyckim, który znalazł się wśród plemion celtyckich. Nie wiemy też, czy pojawili się oni w Galii razem z (innymi) plemionami celtyckimi, czy też może przybyli tam wcześniej (o czym mogła by świadczyć ich nadmorska, peryferyjna lokalizacja), czy też później. Mógł to wreszcie być lud nieceltycki, który zamieszkiwał Galię przed Celtami i został następnie sceltyzowany, przy czym ich nazwa pozostała niezmieniona. Takich przypadków historia zna mnóstwo. Być może nadatlantyccy Wenetowie założyli kolonię w Walii (stąd północna Walia = Gwynedd) – wszak Cezar potwierdza, że handlowali z celtyckimi Brytami.

Warto podkreślić, że lud ten pojawia się w źródłach pisanych już po wyjściu z użycia języka wenetyjskiego znad Adriatyku. Podobnie jak inne plemiona ówczesnej Galii nadadriatyccy Wenetowie ulegli dość szybko romanizacji.

Wenetowie nadbałtyccy

Już Efor z Kyme ok. 340 r. p.n.e. wspomniał o Enetach, żyjących pomiędzy Bałtykiem, Wisłą a Karpatami. Legenda z owych czasów głosiła, że w kraju tym Grecy wydobywali bursztyn z rzeki Eridanos (nazwa ta kojarzy się z Rodanem, lecz opis sugeruje, że chodzi o jakąś całkiem inną rzekę). Kilkaset lat później nazwę Wenetów znajdziemy u Tacyta (ok. 100 n.e.), a także u Pliniusza (ok. 70 n.e.) i Ptolemeusza (ok. 150 n.e.), u których występuje w zgermanizowanej odmianie Wenedowie. Lud, który Ptolemeusz nazywa Wenedami i określa jako ogromny, zamieszkiwał obszary przypuszczalnie tereny nad Morzem Bałtyckim na wschód od dolnej Wisły. Wschodnim sąsiadem Wenetów miało być zbierające bursztyn plemię Aestii (związek tej nazwy z miastem Este, starożytnym Ateste, jest chyba przypadkowy). Estów utożsamia się z Bałtami, może przodkami Prusów (ich nazwa została zapewne przeniesiona później na fińskich Estończyków).

Tak pisze o nich Tacyt (Germania, 46): „Wenetowie przejęli wiele z obyczajów Sarmatów. Przebiegają bowiem w celach łupieskich wszystkie lasy i góry znajdujące się między Peucynami a Fennami. Jednak powinni być raczej zaliczani do Germanów, ponieważ budują domy, noszą tarcze i lubią szybkie, piesze marsze. Odróżnia ich to od Sarmatów żyjących na wozie i na koniu”. Autor ten zdaje się więc lokalizować się Wenetów bardziej na południe (Peucynowie mieszkali nad Dniestrem), dokąd mogli zawędrować po przybyciu Gotów. Choć archeologowie najwyraźniej boją się przypisać „wielki lud Wenetów” określonej kulturze, na podstawie świadectwa Tacyta można próbować związać ich z kulturą zarubiniecką, rozwiniętą w wyniku ekspansji kultury pomorskiej.

W VI w. n.e. Jordanes łączy Wenetów (Uenethi) ze Sklawenami i Antami, a na terenach nadbałtyckich lokuje sąsiadujące z zamieszkującymi Witland (‘kraj Witów’ < Wintów < Wenetów?) Estami plemię Vidivarii. Określenie to, być może zniekształcenie germańskiego *Vindi-vari ‘mężowie z plemienia Vindów’, jest prawdopodobnie ostatnią wzmianką o Wenetach niesłowiańskich.

Tło archeologiczne i geneza Wenetów nadbałtyckich

Eneolit

Aby wyjaśnić genezę nadbałtyckich Wenetów, warto zagłębić się w fakty z dziedziny archeologii. Czy rzeczywiście konkretną kulturę można przypisać konkretnemu ludowi, nie wiadomo na pewno. Choć dziś wielu autorów podważa taki związek, istnieją przesłanki, że w przeszłości jednak kultura materialna w dość ścisły sposób wiązała się z językiem jej nosicieli. Tezę taką przyjmiemy tutaj bez dyskusji, która wykraczałaby znacznie poza ramy tego artykułu.

Otóż około roku 2000 p.n.e., a więc w końcu neolitu (niektórzy okres ten włączają do eneolitu (chalkolitu), czyli do epoki miedzi, zob. także tutaj) w środkowej Polsce rozwijała się wspomniana wyżej kultura ceramiki sznurowej, przypisywana (pewnym) ludom indoeuropejskim (na przykład przodkom Germanów i Bałtosłowian). Na obszarach obecnej południowej Polski rozwijała się kultura pucharów dzwonowatych pochodząca z płn. Afryki i płd. części Płw. Iberyjskiego (krewni Basków? Iberów?, prawdopodobnie trudniący się handlem, m.in. brązem), która silnie wpłynęła na inne kultury (przede wszystkim na kulturę Sznurowców). Po początkowym krótkim okresie jednolitego rozwoju na wielkich obszarach Sznurowcy ulegli zróżnicowaniu. W okolicach Sandomierza doszło do wykształcenia się kultury złockiej, na podłożu starszej, przedindoeuropejskiej kultury megalitycznej zwanej kulturą pucharów lejkowatych, a także być może wywodzącej się od niej kultury amfor kulistych (przypisywanej także Indoeuropejczykom). Z kolei na Pomorzu rozwinęła się kultura rzucewska, z wyraźnie widocznymi wpływami kultury amfor kulistych oraz kultury ceramiki grzebykowo-dołkowej, przypisywanej ludom uralskim.

Wczesna epoka brązu

Około roku 1850 – 1800 p.n.e. zapanowała na naszych ziemiach epoka brązu (zob. też tutaj). Teren Polski był już zapewne całkowicie zindoeuropeizowany, a dawna kultura ceramiki sznurowej występowała w nowych odmianach, znanych jako kultury mierzanowicka (Świętokrzyskie, Małopolskie), strzyżowska (Lubelszczyzna, Wołyń), iwieńska (Pomorze, Kujawy, wydaje się być kulturą satelitarną względem kultury unietyckiej i mierzanowickiej), unietycka (Śląsk) i inne. Kultura unietycka, której główny ośrodek znajdował się w rejonie pasma Rudaw, była zapewne związana z Ilirami i Mesapijczykami, którzy na tym właśnie terenie i w tym właśnie czasie mieli mieć swoją praojczyznę. Po ludach tych miało pozostać szereg nazw geograficznych, np. Karpaty (albańskie karpë ‘skała’), Tatry (nazwa ta może też mieć etymologię celtycką, por. fr. tertre ‘wzgórze’ z celt., lub dacką, zob. jednak iliryjskiego pochodzenia Trtra w Hercegowinie), Opawa (dopływ Odry, z iliryjskiego *Apāvus, por. Met-apa ‘Międzyrzecze, miejscowość w Etolii’) czy Raba (ilir. Arabō, dziś Raba w Panonii, ‘Polna, rzeka płynąca przez pola orne’ – iliryjskie arab ‘pole’, por. łac. arvum). Trudno natomiast wnioskować o przynależności językowej twórców innych kultur. Zwłaszcza wiązanie pewnych kultur (zwłaszcza kultury iwieńskiej) z przodkami Wenetów już w tym okresie wydaje się nieoparte na żadnych racjonalnych przesłankach.

Od około roku 1600 p.n.e. na obszarach Polski środkowej i wschodniej rozwijała się kultura trzciniecka (zob. też tutaj), którą wiąże się czasem z przodkami Bałtosłowian. Gdyby tak było rzeczywiście, mielibyśmy do czynienia z pierwszą wczesną ekspansją ludów bałtosłowiańskich na zachód. Może jednak byłoby właściwiej mówić o jej nosicielach jako o ludach posługujących się jakimiś językami satǝm. Pokrewne kultury (zespół kultur Trzciniec – Komarów – Sośnica) rozwijały się po Kijów. Jak się wydaje, ten zespół kultur powstał w wyniku nałożenia się wpływów indoeuropejskich (ceramika sznurowa) na uralskie (ceramika grzebykowo-dołkowa).

Kultury mogiłowe i popielnicowe epoki brązu

Geneza kultur mogiłowych nie jest jasna. Możliwe, że powstały około 1700 roku p.n.e. w basenie środkowego Dunaju w wyniku napływu uzbrojonej w brązowe miecze ludności z północnego zachodu. Przynależność etniczna tych ludów nie jest jasna, istnieją hipotezy wiążące je z grupą italoceltycką (może więc z Wenetami) lub (blisko spokrewnioną) iliromesapijską. Po pewnym okresie rozwoju kultura ta zaczęła ekspandować i, rozwinięta i zmieniona jako kultura pól popielnicowych, objęła wielkie obszary Europy.

Od połowy II tysiąclecia p.n.e., być może w wyniku najazdu od południa ludów kultury mogiłowej, na ziemiach objętych wcześniej kulturą unietycką, jak płd.-zach. Polska i Brandenburgia, rozwinęła się kultura przedłużycka. 200 lat później możemy mówić już o popielnicowej kulturze łużyckiej, która objęła większość ziem Polski, wsch. Niemcy, Czechy i Słowację, a więc także obszar zajęty wcześniej przez kulturę trzciniecką. Istnieją hipotezy przypisujące tę kulturę Wenetom (którzy w takim wypadku zajęliby miejsce wczesnych Bałtosłowian, odseparowując ich pozostałe na wschodzie grupy od Germanów). Kultura ta przetrwała przez tysiąc lat, do ok. 500 – 400 p.n.e., ulegając dopiero naporowi irańskich Scytów.

W czasie, gdy kwitła kultura łużycka, Ilirowie i plemiona pokrewne miały (jakoby do XI wieku p.n.e.) zająć zachodnią część Bałkanów; sto lat później należący do grupy tej Japygowie i Mesapiowie pojawili się w italskiej Apulii. Sami Ilirowie około roku 1000 – 900 p.n.e. mieli zamieszkiwać obszary dzisiejszej Austrii i zach. Węgier, gdzie stworzyli trwającą przez następne pół tysiąca lat kulturę wschodniohalsztacką (dalej na zachód formowała się kultura zachodniohalsztacka, przypisywana Celtom). Paniliryści uważają, że Ilirowie zajęli wówczas ogromne obszary Europy od Grecji po Galię i Bałtyk. Ich poglądy opierają się na analizie zasięgu nazw geograficznych, którym przypisywane jest pochodzenie iliryjskie. W rzeczywistości chodzi tu o tzw. toponimię staroeuropejską, którą można przypisać jakiemuś ludowi indoeuropejskiemu, ale z powodu ówczesnego podobieństwa języków nie sposób ustalić, jakiemu dokładnie. Można więc śmiało postawić hipotezę, że przynajmniej niektóre partie tego obszaru zamieszkiwali w rzeczywistości Wenetowie lub ludy im pokrewne. Późniejszą obecność Wenetów w co najmniej 3 różnych miejscach można wyjaśnić późniejszymi przemieszczeniami się ludności wskutek naporu Celtów, kolejnego ekspansywnego plemienia.

Epoka żelaza

Nadejście epoki żelaza (ok. roku 800 – 700 p.n.e.) zmodyfikowało kulturę łużycką, lecz jej nie unicestwiło. Na Pomorzu Wschodnim od roku 550 p.n.e. rozwijała się pokrewna łużyckiej kultura pomorska (wejherowsko-krotoszyńska, kultura urn twarzowych), wyrosła ze starszej kultury urn domkowych. Być może powstała ona w wyniku nałożenia się wpływów etruskich na łużyckie. Etruskowie w tym czasie zajmowali się przypuszczalnie wymianą towarową między różnymi częściami Europy i nie jest wykluczone, że dotarli w swych wędrówkach aż nad Bałtyk.

Najazd Scytów około 500 p.n.e. kończy okres świetności kultury łużyckiej. Kultura pomorska nie tylko najazd ten przetrwała, ale i rozszerzyła się na Wielkopolskę i inne obszary dzisiejszej Polski. Bardzo prawdopodobne, że pewien odłam nadbałtyckich Wenetów zajął lesiste obszary Ukrainy i Białorusi od środkowego Bugu i Prypeci po ujście Berezyny do Dniepru, gdzie od schyłku III w. p.n.e. do II w. n.e. rozwijała się kultura zarubiniecka. Tereny te zajmowali wcześniej Scytowie, co znalazło odbicie w kształcie tej kultury. Obszar zajęty przez Wenetów mógł zatem sięgać daleko na wschód, a po tamtejszej ich gałęzi mogły pozostać nazwy rzeczne Wiata (lewy dopływ Dźwiny), Wiacza (lewy dopływ Świsłoczy), lit. Vent (rzeka wpadająca do Zat. Kurońskiej).

Załamanie się istniejącej od tysiąca lat (wenetyjskiej?) kultury na pozostałych obszarach umożliwiło ekspansję innych ludów – Celtów (kultura lateńska rozwijająca się od IV wieku p.n.e. m.in. w południowej Polsce, wpływy celtyckie istniały też w kulturze zarubinieckiej) i Germanów. Germańskiego pochodzenia była kultura jastorfska rozwijająca się początkowo w północnych Niemczech (od VI w. p.n.e.), potem z ekspansją na Pomorze (w III – I w. p.n.e.), zob. mapka (z błędną nazwą Jasfor zamiast Jastorf). Germańska, choć z wpływami celtyckimi, była także kultura przeworska istniejąca od 200 p.n.e. w środkowej i południowej Polsce, prawdopodobnie stworzona przez Wandalów, których etnonim, jak wspomniano wyżej, może mieć związek z Wenetami – Wenedami – Wendami. Około roku 150 p.n.e. na Pomorzu Wsch. występuje już oksywska kultura jamowa, którą w I wieku n.e. zastąpiła kultura wielbarska wiązana z Gotami. O Gotach, być może jako o poddanych Wenetów, pisze już Ptolemeusz („nad rzeką Wistulą [mieszkają] pod Wenedami Gythoni” – przekład mój z greckiego; por. jednak w polskim wydaniu Geografii: „Z mniejszych zaś ludów siedzą w Sarmacji Gytonowie koło rzeki Wistula, poniżej Wenedów (…). Bardziej ku wschodowi od wymienionych siedzą poniżej Wenedów: Galindowie, Sudinowie i Stawanowie aż do Alanów”). Ludność oksywskiej kultury jamowej można utożsamić z Wenetami Ptolemeusza – zgadza się zarówno czas, jak i lokalizacja.

W kręgu hipotez „wenetologicznych”

Ślady po Wenetach nadbałtyckich

O pobycie nad Bałtykiem Wenetów pokrewnych językowo Wenetom nadadriatyckim przekonuje nas analiza nazw topograficznych.

Etymologia nazwy

Nazwa Wenetowie nie ma etymologii słowiańskiej ani germańskiej (por. tutaj), za to doskonale tłumaczy się na gruncie języka wenetyjskiego. Trzeba pamiętać, że nazwy indoeuropejskich plemion oznaczały najczęściej po prostu ‘swoi’ (np. Szwabi, Szwedzi), ‘ludzie, lud’ (np. Żmudzini, Teutoni) lub ‘współplemieńcy’ (np. wal. Cymru, Cymraeg < *kombrogī). Również nazwa Wenetów należy do tej grupy. Zawiera ona rdzeń *wen- widoczny w germ. wini ‘przyjaciel’, łac. venus ‘miłość’, a zwłaszcza celt. veni- ‘ród, rasa, rodzina, pokrewieństwo’ (gal. Venicarus, stir. fin, bretoń. gwenn), oraz przyrostek -eto-, taki sam jak w imieniu Vercingetorix. A zatem Veneti to po prostu ‘współrodowcy’.

Postać Wenedowie jest germańskiego pochodzenia i musi być bardzo dawna, gdyż powstała w efekcie pierwszej przesuwki germańskiej (nieprecyzyjnie datowanej między 2000 a 500 p.n.e.) określonej regułą Raska-Grimma. Zgodnie z nią, nastąpiło przejście *-t- > *-þ-, tj. *wenet- rozwinęło się w *weneþ-. Następnie doszło do udźwięcznienia szczelinowej po sylabie nieakcentowanej określonej regułą Vernera (*-þ- > *-ð-, a więc *wéneþ- > *wéneð-). Ostatecznie szczelinowa regularnie przeszła w zwartą: *wéneð- > *wéned-. W wyniku dalszych przemian charakterystycznych dla języków germańskich (przegłosu e > i) należałoby oczekiwać form *wened- > *wenid- > *wind- i rzeczywiście, w języku niemieckim znajdujemy formę Winden oznaczającą Słowian pomorskich. Inna niemiecka forma, Wenden, świadczy o istnieniu obocznej formy *wend-, bez -e- między -n- a -d-, które wywołałoby przegłos e > i.

Bałtowie i Słowianie musieli zetknąć się bezpośrednio z nazwą Wenetów i to zapewne w wersji oryginalnej, niezgermanizowanej, zawierającej -t-, a nie -d-. Zanik -e- w drugiej sylabie (*wenet- ~ *went-) nie był tu zwykły i mógł mieć swoje źródło bezpośrednio w wenetyjskim. Wyżej wspomniano o łotewskich miastach Wenden i Ventspils (nazwa ta znaczy miasto Wentów). W słowiańskim pierwotne *went- regularnie rozwinęło się w *vęt-. Postać ta zawarta jest w słowiańskim etnonimie Wiatycze i w imieniu Wiatko. W kontekście tym zastanawia inny etnonim, Wieleci, o którym więcej w innym artykule. Tam też więcej informacji o możliwym związku obu tych etnonimów ze słowiańskimi przymiotnikami o znaczeniu ‘wielki’.

Wenetowie – Słowianie?

Wiele czynników złożyło się na to, że Wenetowie jawią się nam dziś jako romantyczni dumni, bohaterowie i tajemniczy bohaterowie z przeszłości. Ich historyczna rola jest wypaczana, chcemy bowiem dostrzec ich za wszelką cenę tam, gdzie ich wcale nie było.

Jeszcze do niedawna mianem kultury wenedzkiej (czasami utożsamianej z kulturą Prasłowian) określano zbiorczo kultury oksywską, przeworską i wielbarską, z których w rzeczywistości tylko jedna wydaje się mieć związek z Wenetami. Dziś traktowanie Wenetów jako Prasłowian mieszkających niegdyś na terenie dzisiejszej Polski, która jakoby stanowiła kolebkę wszystkich ludów słowiańskich, odchodzi powoli do przeszłości. Uczciwie należy przyznać jednak, że są uczeni, którzy z uporem godnym lepszej sprawy bronią trudnej dziś do obrony tezy o Słowianach – odwiecznych mieszkańcach Polski. Ich tezy nie brzmią dziś jednak wiarygodnie. Stawiają oni na przykład pod znakiem zapytania lub po prostu przemilczają liczne już dziś znaleziska archeologiczne z terenu Polski pochodzące z okresu 500 p.n.e. – 500 n.e., które z całą pewnością nie są pochodzenia słowiańskiego i które jednomyślnie przypisuje się Gotom, Herulom czy innym plemionom germańskim. Problem pochodzenia Słowian i ich dziejów przed rokiem 500 n.e. ma jednak w istocie niewiele wspólnego z problemem Wenetów. Został on wyczerpująco omówiony w wieloczęściowym artykule mojego autorstwa, dostępnym tutaj.

Myliłby się jednak ktoś, kto by sądził, że dawne sentymenty zupełnie odeszły w niepamięć. Pewni słoweńscy pseudouczeni (Jožko Avli, Matej Bor, Ivan Tomažič, zob. uwagę poniżej), kierując się pobudkami nacjonalistycznymi, a nie naukowymi, wystąpili ostatnio z hipotezą, że Wenetowie byli Słowianami, którzy odwiecznie zamieszkiwali Europę, wynaleźli i upowszechnili w swoim społeczeństwie pismo, koło itp., i byli twórcami europejskiego mocarstwa o setki lat wyprzedzającego imperium rzymskie. Autorzy ci twierdzą, że udało im się odszyfrować wenetyjskie inskrypcje w oparciu o współczesne słoweńskie dialekty. Już to jedno zdanie całkowicie zniechęca każdego logicznie myślącego potencjalnego czytelnika, a dzieło Słoweńców każe umieścić na jednej półce z dziełami Dänikena. Uderza stwierdzenie, że próbowano odczytywać odczytane przecież od dawne teksty. Autorzy prawdopodobnie nie wiedzieli o tym fakcie i ta ich ignorancja każe wyłączyć ich dzieło z kręgu literatury naukowej. Wyważali otwarte drzwi – i oczywiście urwali zawiasy.

Poza tym popełnili oni rażący błąd metodologiczny, porównując teksty pisane 2500 lat temu z tekstami współczesnymi, a pomijając np. teksty staro-cerkiewno-słowiańskie. Języki zmieniają się na przestrzeni wieków i to szybko. Wystarczy dla ilustracji wziąć sobie jakiś tekst staroangielski i spróbować go zrozumieć przy pomocy znajomości dzisiejszego angielskiego. Zaręczam, że to się nie uda, mimo że oba języki dzieli zaledwie 1200 lat. Otóż współczesny słoweński oddziela od wenetyjskiego dwukrotnie większa otchłań czasowa. Czy można być aż tak naiwnym, aby wierzyć w to, że jakiekolwiek słowo sprzed 2500 lat może być zrozumiane przy pomocy dzisiaj używanego języka?

Krytyka poglądów niezgodnych z nauką bywa niebezpieczna

Zwolennicy pomysłu o tożsamości Wenetów z przodkami Słoweńców starają się propagować ów pogląd bardzo aktywnie. Ludzie ci pozbawieni są niejednokrotnie koniecznego w takich przypadkach krytycyzmu. Bywa też, że cechuje ich brak tolerancji dla poglądów popieranych przez naukę i zgodnych z jej elementarnymi zasadami, a na wszelką krytykę odpowiadają agresją. Niektórzy posunęli się wręcz do tego, że odgrażają mi się wystąpieniem do sądu za opublikowanie w internecie opinii, iż ich duchowi przewodnicy Jožko Avli, Matej Bor, Ivan Tomažič to pseudouczeni, działający z pobudek nacjonalistycznych. Z uwagi na te czcze groźby czuję się w obowiązku temat ten rozwinąć publicznie.

Odkrywanie prawdy w nauce bywa bolesne, a nasz egocentryzm i jego bardziej wyrafinowana forma – antropocentryzm bywają przyczyną poważnych konfliktów. Do dziś w potocznym mniemaniu nasz ludzki gatunek wydaje się do tego stopnia wyjątkowym tworem przyrody, że cały świat uważa się za stworzony dla naszych zachcianek. Skoro nawet dziś, w wieku dwudziestym pierwszym, istnieją religie, które forsują taki pogląd, nie powinno nikogo dziwić, że w przeszłości posuwano się do mordów na ludziach krytykujących takie stanowisko. Klasycznym przykładem jest tu historia Giordana Bruno, który poniósł męczeńską śmierć w płomieniach za głoszenie prawdy, że człowiek wcale nie jest koroną stworzenia, a Ziemia, planeta, na której mieszka, wcale nie jest pępkiem wszechświata.

Bolesne bywało odzieranie ludzi ze złudzeń także w wielu innych przypadkach. Gdy Karol Darwin i Alfred Wallace przedstawili swój pogląd o zmienności świata organicznego, wywołał on stosunkowo niewielki odzew. Jednak po wydaniu przez Darwina książki O pochodzeniu człowieka (The Descent of Man) rozpętało się prawdziwe piekło, którego echa rozbrzmiewają zresztą do dzisiaj. Ludzie gotowi byli zaakceptować istnienie zmienności w przyrodzie, ale już nie pochodzenie własnego gatunku od jakichś włochatych, łażących po drzewach małpiszonów.

Dokładnie ten sam mechanizm leży u podstaw konfliktu wokół sprawy Wenetów. Niektórzy ludzie woleliby, aby ich naród miał świetlistą, wspaniałą przeszłość i aby nie wywodził się na przykład z nadprypeckich bagien. Ludzi tych nie interesuje dotarcie ani nawet przybliżenie się do prawdy. Będą oni posługiwać się swoistą logiką, wybiórczo traktując dostępne fakty i starając się z maniakalną zawziętością dowieść prawdziwości swoich idei. Co gorsza, będą wmawiali innym, że tylko oni tworzą prawdziwą naukę, natomiast ci wszyscy, którzy piszą podręczniki i encyklopedie zawierające treści niezgodne z ich poglądami, to banda nieuków i dyletantów.

Otóż ja nie boję się gróźb takich fanatyków i oświadczam z tego miejsca, że nie zamierzam się ugiąć pod ich presją. Powtarzam raz jeszcze, że Jožko Avli, Matej Bor, Ivan Tomažič to pseudouczeni, których poglądy nie można nawet nazwać hipotezami. Radzę także z tego miejsca wszystkim, aby przed sięgnięciem do ich książek zechcieli zapoznać się najpierw ze stanowiskiem nauki i aby nie wierzyli w czcze zapewnienia autorów i recenzentów, że celem wspomnianych słoweńskich autorów jest odideologizowanie historii. W rzeczywistości jest bowiem dokładnie odwrotnie. Celem wymienionych autorów jest przydanie splendoru własnemu narodowi, co przebija z kart ich książki nawet przy pobieżnym jej przejrzeniu. Sami zresztą podkreślają, że chodzi im głównie o ideologię (w takim czy innym kształcie) – w takich przypadkach zawsze fakty spychane są na plan drugi, natomiast uwypuklana jest swoista ich interpretacja. Jeśli zaś fakty przeczą z góry założonym ideom – tym gorzej dla faktów…

Nauka jest specyficzną forma poznania, która stosuje swoistą metodę badania zjawisk wymagającą niespotykanej poza tym precyzji i dokładności. Nauka tworzy uproszczone, choć z czasem coraz dokładniejsze modele badanych zjawisk. Modele te pozwalają nie tylko zrozumieć, dlaczego dane zjawiska mają miejsce, ale pozwalają także przewidzieć ich wystąpienie. Nie jest też wcale prawdą, że nauka jest przyczyną nieszczęść, jakie spadają na naszą cywilizację. Jest dokładnie odwrotnie: nauka pozwala ratować ludzkie życie, stara się zrozumieć wszechświat po to, aby naszą egzystencję uczynić znośniejszą, daje podstawy dla rozwoju techniki. Właśnie dzięki nauce możemy komunikować się przy pomocy komputerów i internetu…

Wymienieni już kilka razy autorzy słoweńscy zostali przeze mnie określeni mianem pseudouczonych właśnie dlatego, że prezentowany przez nich pogląd nie jest spójny z elementarnymi zasadami metodologii naukowej. Uważam, że mam prawo do takiej oceny i że ocena ta nie może być dla nikogo obraźliwa (ani dla autorów, których idee są przedmiotem krytyki, ani tym bardziej dla czytających moje słowa), nie zawiera bowiem inwektyw ani słów wulgarnych. Jest jedynie prostym stwierdzeniem faktu, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy świadomie lub nieświadomie oszukują innych, gdyż przedstawiają się jako naukowcy, a w rzeczywistości ich działalność nie ma z nauką nic wspólnego. Spróbuję poniżej uzasadnić ten pogląd na kilku przykładach, z których jeden zanalizuję bardzo szczegółowo.

Otóż od dawna powszechnie wiadomo, że każdy język zmienia się z czasem. Wiadomo też, że podobne do siebie języki mają wspólnego przodka, który uległ dywergencji, czyli podziałowi na języki potomne. Kilka przykładów takiego rozwoju języków i ich dywergencji możemy doskonale prześledzić analizując teksty pochodzące z różnych epok. I tak, najlepiej poznanym przypadkiem dywergencji jest rozwój języków romańskich. Wiemy mianowicie z całkowitą pewnością, że portugalski, hiszpański, kataloński, prowansalski, francuski, włoski, sardyński czy rumuński pochodzą od łaciny. Wiemy również, że te odrębne przecież od siebie języki nie istniały jeszcze ani w czasach Cezara, ani nawet kilkaset lat później. Możemy wręcz stwierdzić, że w pełni odrębny rozwój języków romańskich (z lokalnych dialektów, które z kolei wywodzą się z jednolitej niegdyś łaciny Rzymu) był możliwy dopiero po upadku Rzymu, a więc w przybliżeniu po roku 500 n.e.

Wiadomo też, że języki słowiańskie (spośród których jako odrębne klasyfikuje się zazwyczaj polski, kaszubski, dolnołużycki, górnołużycki, czeski, słowacki, ukraiński, białoruski, rosyjski, słoweński, serbsko-chorwacki, macedoński i bułgarski) są do siebie stosunkowo podobne. Można ocenić, a nawet obliczyć, że stopień ich wzajemnego podobieństwa jest większy niż w przypadku języków romańskich. Właśnie ten fakt jest podstawą dwóch naukowo uzasadnionych tez.

Pierwsza głosi, że wszystkie języki słowiańskie wywodzą się od wspólnego przodka, który określa się mianem języka prasłowiańskiego, prajęzyka słowiańskiego, czasem także po prostu języka słowiańskiego lub ogólnosłowiańskiego (ang. Common Slavic). Istnienie tego języka nie jest co prawda w pełni dowiedzione, jest jednak na tyle prawdopodobne, że nauka jest zmuszona potraktować jego istnienie jako pewne. Właśnie jedną z cech nauki jest to, że u jej podstaw tkwi nie tylko to, co namacalne, ale także to, co uznano za dostatecznie prawdopodobne. Pomimo tej niepewności naukowcy dokonali niesłychanych osiągnięć. Fakt ten silnie przemawia za poprawnością traktowania dostatecznie prawdopodobnych faktów za pewne. Nauka bazuje na takim założeniu od stuleci i jak się okazuje, jedynie pomaga jej to w rozwoju.

Druga równie prawdopodobna teza głosi, że dywergencja języka słowiańskiego na poszczególne dialekty, a potem języki słowiańskie, nie mogła nastąpić zbyt dawno temu. Skoro są one bardziej podobne do siebie niż języki romańskie, których powstanie możemy prześledzić bezpośrednio, zrozumiałą chyba jest teza, że odrębne języki słowiańskie są jeszcze młodsze od romańskich i że musiały powstać pomiędzy 500 a 800 rokiem n.e. Nie bez znaczenia są tu pisemne świadectwa z tego okresu, w których wyraźnie mówi się o jednym języku zrozumiałym dla wszystkich Słowian. Wiemy na przykład także, że słowiański dialekt używany w Sołuniu (dzisiejsze Saloniki w Grecji) był jeszcze w 863 roku n.e. zrozumiały dla mieszkańców Moraw (zob. też tutaj). W szczególności, z całkowitą niemal pewnością możemy twierdzić, że także mowa mieszkańców Słowenii nie różniła się około roku 860 znacząco od mowy Morawian, Sołunian czy innych ówczesnych Słowian.

Nie jest prawdą, że skoro nie znaleziono dotąd pisemnych świadectw dwóch wyżej wymienionych tez, istnienie języka ogólnosłowiańskiego jest jedynie czystą spekulacją. Po pierwsze, nauka różni się tym od spekulacji, że bazuje na podobieństwie i powtarzalności zjawisk i dlatego jej przewidywania są pewne lub niemal pewne, w przeciwieństwie do spekulacji, które nie są oparte na metodach naukowych. Po drugie, twierdzenie, że już w 860 roku n.e. (czy nawet wcześniej) istniały poszczególne i wzajemnie mało zrozumiałe języki słowiańskie (w tym język słoweński) jest znacznie bardziej spekulatywna od tezy, że języków tych jeszcze nie było. Każdy myślący człowiek zdaje sobie chyba z tego sprawę. Skoro nie można udowodnić istnienia jednego języka wszystkich Słowian w roku 860 n.e., ale także nie można udowodnić istnienia już wtedy poszczególnych języków słowiańskich, trzeba przynajmniej zbadać prawdopodobieństwo obu tych tez. Nauka dostarcza nam bardzo wielu przesłanek na poparcie pierwszej z tych tez – część z nich wymieniłem powyżej. Nie ma też w zasadzie żadnego argumentu przemawiającego za istnieniem odrębnych języków słowiańskich około roku 860 n.e., a już na pewno w czasach datę tę poprzedzających. Wydaje się więc, że wybór jest oczywisty…

Tak jednak nie jest. To wręcz niewiarygodne, ale istnieją ludzie, którzy upierają się, że nawet w czasach znacznie odleglejszych istniały odrębne języki słowiańskie. Twierdzą oni bowiem mianowicie, że w okresie, gdy używano języka wenetyjskiego, tj. w drugiej połowie ostatniego tysiąclecia p.n.e., istniało już takie zróżnicowanie. Właśnie dlatego – zdaniem tych ludzi – napisy wenetyjskie można zrozumieć posługując się dzisiejszym językiem słoweńskim i dzisiejszymi słoweńskimi dialektami. To właśnie ci ludzie określają się mianem uczonych, a propagatorzy ich idei twierdzą, że określanie ich ideowych przywódców mianem pseudouczonych jest obraźliwe (choć nie raczą sprecyzować, kogo to właściwie obraża). Przecież to jest śmieszne, tak śmieszne, że aż tragiczne. Słoweńscy autorzy wbrew wszelkim znanym przykładom czynią bezzasadne przypuszczenie, że dialekty słoweńskie trwają niemal niezmienione od przynajmniej 2500 lat. A gdy ktoś inny, logicznie myślący, nazwie ich pseudouczonymi, następują groźby pod jego adresem ze strony zwolenników nonsensów i absurdów zawartych w twórczości omawianych słoweńskich autorów…

Przejdźmy jednak do pobieżnego tym razem omówienia kilku innych absurdów zawartych w książce Veneti. Jej autorzy twierdzą, że słoweński jest językiem zachodniosłowiańskim, podczas gdy żaden szanujący się lingwista nie podziela takiego poglądu. Owszem, choć mówi się o pewnych zbieżnościach słoweńskiego z grupą zachodniosłowiańską, język ten posiada wszystkie główne cechy grupy południowosłowiańskiej i tam właśnie należy go zaliczyć.

Najwięcej zbieżności Słoweńców ze Słowakami i Czechami wynika po prostu z przyczyn geograficznych, a także z podobnej kultury, która rozwijała się pod silnym wpływem zachodniego chrześcijaństwa, podczas gdy większość pozostałych południowych Słowian to spadkobiercy kulturowego dziedzictwa Wschodu.

Kolejny absurd wspomniałem wyżej i przypomnę go jedynie dla porządku. Otóż napisy wenetyjskie zostały już dawno odczytane bez większego problemu (gdyż wenetyjski alfabet przypomina pismo etruskie, greckie i łacińskie), tymczasem  avli, Bor i Tomažič chełpią się tym, że jakoby dopiero im udało się je odczytać… zupełnie jak gdyby pozostawały one wcześniej nieodczytane.

Autorów omawianej książki nie tylko nie można nazwać uczonymi, a jedynie pseudouczonymi. Brakuje im także nawet najbardziej elementarnej znajomości językoznawstwa historycznego. Widać to przy analizie dosłownie każdego wenetyjskiego napisu, której dokonują. Na przykład na pewnym naczyniu znaleziono napis biegnący z lewa na prawo i odczytany jako LAHIVNAH VROTAH (wydanie angielskie, str. 229). Znaleziono też inne naczynie z tym samym napisem, lecz – co widać choćby z kształtu liter – biegnącym w przeciwnym kierunku, co w wenetyjskich inskrypcjach nie może dziwić. Według Bora napis jest palindromem i należy go czytać LA HIBNAH V ROTAH HATOR V HAN V(I)HAL. Już sama ta teza wzbudza wątpliwości. Bezzasadne jest także zastąpienie V przez B oraz usunięcie (I), jednak bez takich modyfikacji końcowy efekt byłby mniej oczywisty.

Pierwszy zidentyfikowany wyraz LA autor porównuje ni mniej ni więcej tylko z włoskim i francuskim wyrazem o znaczeniu ‘tam’, najwyraźniej nie wiedząc, że wyraz ten w czasach rzymskich miał brzmienie illā bądź (rozszerzone) illāc i dlatego nie może mieć nic wspólnego z wyrazem zidentyfikowanym przez Bora. Kolejne słowo – HIBNAH w naciąganej interpretacji Bora (z podmianą V przez B) – jest przyrównywane do aorystu staro-cerkiewno-słowiańskiego (SCS) gibnahъ. Ciekawe, że znak H raz odpowiada słowiańskiemu g, innym razem x. Najwidoczniej Bor nie wie także, że w wieku IX n.e., a co dopiero w wieku III p.n.e., doskonale rozróżniano y od i. Rozróżnienie to zagubiły co prawda języki południowosłowiańskie (w tym słoweński), ale dopiero w wiekach późniejszych. I dlatego w SCS nigdy w rzeczywistości nie spotkamy żadnego gibnahъ, jak tego chce Bor, który w tym wypadku albo jest kompletnym ignorantem, albo świadomie bądź nieświadomie wprowadza czytelnika w błąd, przytaczając formę staro-cerkiewno-słowiańską, która nigdy nie istniała. Każdy student polonistyki wie z ćwiczeń z języka SCS, że aoryst czasownika gybnǫti brzmiał gybъ, gybnǫxъ lub gyboxъ, ale nigdy *gybnaxъ, a już na pewno nie *gibnaxъ. Ktoś kto pretenduje do miana wyroczni w kwestii pochodzenia języka słoweńskiego powinien przecież doskonale zdawać sobie z tego sprawę… Równie „naukowa” jest dalsza analiza tekstu. I żeby nie zanudzać tu nikogo, po prostu ją pominę.

Dodatkowy przyczynek do „podniesienia” naukowej wartości „dzieła” pochodzi od tłumacza, którym jest Anton Kerbinc. W swoich uwagach zaznacza, że używane w książce znaki jerów ъ i ь są jedynie oznaczeniami odpowiednio palatalizacji i niepalatalizacji poprzedzającej spółgłoski. W rzeczywistości w staro-cerkiewno-słowiańskich tekstach są to znaki samogłosek – krótkiego (ultrakrótkiego) i i krótkiego y. Bor, Avli i Tomažič wydają się o tym wiedzieć i czasem uwzględniają to w swoich rekonstrukcjach, czasem jednak pomijają jery – w zależności od tego, co im w danym momencie bardziej na rękę (np. na stronie 236 podano rzekomo SCS formę ošъl, w rzeczywistości możliwe było jedynie ošьlъ). Na ogół jednak pomijają jery zupełnie, choć w starych tekstach słowiańskich w rzeczywistości ich nie opuszczano. Skoro jery wymawiano wyraźnie jeszcze około 850 roku n.e., czy jest w jakimkolwiek stopniu prawdopodobne, aby uległy redukcji już w roku 300 p.n.e.? Nawet tylko ten jeden fakt usprawiedliwia stwierdzenie, że działanie autorów książki Veneti miało więcej wspólnego z science-fiction niż z nauką.

Nauka wymaga powtarzalności badanych zjawisk. Jeżeli wyrazy jakiegoś języka ulegają zmianom, odbywa się to według określonych reguł. W omawianej książce próbuje się niejednokrotnie przedstawić teksty wenetyjskie jako bliskie słoweńskiemu, choć przecież różnią się one, czasami bardzo znacznie. Nie formułuje się przy tym reguł tych zmian, które miałyby jakoby zajść na przestrzeni tysiącleci. Jeżeli zaś do zinterpretowania napisów wenetyjskich jako słoweńskich konieczne jest założenie o chaotycznych, nieujmowalnych w żadne reguły i nieprzewidywalnych zmianach języka, interpretacja taka nie może zostać uznana za naukową.

W przedmowie wydania angielskiego (autorstwa T. Y. Ismaela) czytamy, że w drugiej połowie ubiegłego (zapewne XIX) stulecia w historii zarysował się silnie nacjonalistyczny trend, a celem tej nauki stało się zapewnienie kulturowego prestiżu i wyższości pewnym narodom (z treści książki nietrudno zgadnąć, że chodzi o naród niemiecki). Książka Słoweńców ma jakoby trend ten wyeliminować i jej celem ma być odkrywanie prawdy. Jednak w ostatnim akapicie wstępu czytamy już coś zupełnie innego. Okazuje się mianowicie, że głównym przedmiotem książki nie jest wcale odkrywanie prawdy, ale wspieranie pokojowego współistnienia narodów Europy Środkowej. A więc widać wyraźnie, że autorom chodzi jednak głównie o promowanie określonej ideologii. Zamiast odideologizowania nauki – mamy zastąpienie jednej ideologii przez inną. Według autorów co prawda wszystkie narody Środkowej Europy dzielą w jakimś stopniu dziedzictwo kulturowe Wenetów, jednak z treści książki widać wyraźnie, że wśród tych równych narodów jeden naród – a mianowicie Słoweńcy – jest równiejszy. To oni bowiem są jakoby bezpośrednimi potomkami Wenetów, co oczywiście stawia inne narody w mniej uprzywilejowanej pozycji. Zresztą autorzy piszą mniej lub bardziej wyraźnie, że chodzi im o przyczynienie się do zachowania tożsamości ich narodu, zagrożonego w przeszłości ekspansjonizmem niemieckim. Trudno nie dostrzec w takiej tezie pobudek nacjonalistycznych. I doprawdy obrażanie się o to, że przypisuje się takowe pobudki słoweńskim autorom, jest kompletnie niezrozumiałe.

Ja, autor niniejszego artykułu, życzę z tego miejsca wszystkim Słoweńcom świetlanej przyszłości. Odcinam się jednak zdecydowanie – idąc (paradoksalnie) za radami Avlego, Bora i Tomažiča – od wszelkich prób fałszowania historii w imię choćby najszczytniejszych ideałów. Wszystkim zaś polskim PT. Czytelnikom mojego artykułu pragnę uzmysłowić jeszcze jedno. Otóż teza o odwieczności Słowian w Środkowej Europie pochodzi od autorów polskich, którzy chcieli przy jej pomocy również rozwijać pewną narodową ideologię. Autorzy Ci (między innymi cytowany w omawianej książce Lehr-Spławiński) twierdzili, że to Polacy są najczystszymi potomkami pierwszych Słowian, a inne narody słowiańskie (w tym Słoweńcy) to odpryski dawnego słowiańskiego monolitu, którego tylko my jesteśmy w pełni dziedzicami. Słoweńcy jak widać ukradli ten pomysł, dostosowując go do lokalnych warunków. Teraz to Słowenia, a nie Polska, stała się najbardziej uprawnionym dziedzicem Prasłowian. Ktoś złośliwy mógłby więc zarzucić omawianym słoweńskim autorom nie tylko pseudonaukowość i nacjonalistyczne pobudki, ale i kradzież naszej polskiej idei…

Implikacje zamieszania wokół Wenetów

Poglądy, często absurdalne, oparte na przeświadczeniu o szczególnej roli własnego narodu w dziejach świata, prowadzą w rezultacie wielu naukowców do skrajnego sceptycyzmu wyrażającego się tezą, że żadnego paneuropejskiego Imperium Venetorum nigdy w przeszłości nie było, i że zbieżność nazw różnych grup Wenetów jest dziełem przypadku. Wenetów przyrównuje się wręcz do Wolków, których etnonim zaczął oznaczać różne niespokrewnione z nimi ludy celtyckie (Walijczyków) i romańskie (Włochów i Wołochów). Konsekwencją takiego stanowiska jest w zasadzie pesymizm, prowadzący do konkluzji, że prawdy i tak nie poznamy. Czy jest tak w istocie?

Podstawą do utożsamiania Wenetów ze Słowianami jest zdanie Jordanesa, pisarza z VI wieku n.e.: „ex una stirpe exorti tria nunc nomina ediderunt, id est Venethi, Antes, Sclaveni” (z jednego pnia poczęci trzy teraz ludy wydali z siebie). Jednak przecież Jordanes wyraźnie pisze, że ówcześni najeźdźcy byli złożeni z 3 plemion: Słowian, Antów i Wenetów. Wynika stąd, że choć Wenetowie spłynęli ze Słowianami w jedną nację, to początkowo wcale Słowianami nie byli (zob. też tutaj).

Historia zna wiele przykładów przeniesienia nazwy z jednego ludu na zupełnie inny lub nazywania jednym terminem ludów bliżej niespokrewnionych (zob. tutaj). Czy wobec tego faktu ktokolwiek ma prawo przypuszczać, że skoro Ptolemeusz opisuje Wenetów w środkowej Europie około roku 150 n.e., a 500 lat później Jordanes utożsamia Wenetów ze Słowianami, to Wenetowie Ptolemeusza byli również Słowianami?

Imperium, ale w wersji umiarkowanej

Autor tego artykułu jest zdania, że nadmierny sceptycyzm i postawa prowadząca do podważania dosłownie wszystkiego, co ustaliła nauka (dla własnego rozgłosu zapewne, zob. np. tutaj o krytyce pseudonaukowych wywodów lorda Renfrewa o pochodzeniu Indoeuropejczyków), bywają równie szkodliwe, jak niezachwiana wiara w autorytety. Innymi słowy, można podważać i odrzucać słabo uzasadnione hipotezy tylko wtedy, gdy formułuje się hipotezę lepiej uzasadnioną. Niezastosowanie się do tego wymogu wiedzie do krytykanctwa niemającego z nauką nic wspólnego. Albowiem gdy brak lepszych wyjaśnień, nawet bardzo słaba przesłanka urasta do rangi rozstrzygającego dowodu naukowego. Co innego, gdy umie się przedstawić lepszą hipotezę i gdy umie się ją dostosować do wszystkich znanych faktów. Taki umiarkowany i konstruktywny sceptycyzm jest prostą konsekwencją brzytwy Ockhama, która z kolei jest podstawą, na której musi być budowana wszelka nauka.

Choć niektórym teza ta może wydać się zbyt odważna, wiele danych przemawia za przyjęciem umiarkowanej wersji hipotezy imperium wenetyjskiego. Z elementarnej nauki historii wiadomo, że Rzymianie byli ludem, który podbił i skolonizował olbrzymie obszary Europy. Znana jest także każdemu obecność Greków i Fenicjan w wielu miejscach starożytnego świata oddalonych od ich ziem ojczystych (pomijając imperium Aleksandra Wielkiego nie chodzi jednak o zwarty obszar, lecz o oddalone od siebie kolonie). Nie dla każdego jest jednak oczywista teza, że podobnie rozległe obszary jak Rzymianie musieli zajmować w przeszłości Celtowie, których „imperium” w końcu ostatniego tysiąclecia p.n.e. rozciągało się od dzisiejszej Irlandii i Hiszpanii po Turcję.

Otóż nie ma właściwie żadnych przesłanek, aby nie móc mówić o podobnie rozległych obszarach zamieszkałych przez jeden lud także w bardziej odległej przeszłości. Wyobrażenie, że ludy poprzedzające okres rzymski to jacyś prymitywni i zacofani barbarzyńcy, pozbawieni jakiegokolwiek rozeznania we wszystkich sprawach innych niż hodowla świń i uprawa owsa, jest całkowicie błędne. Już nasi praindoeuropejscy przodkowie sprzed 5 tysięcy lat znali instytucję króla (łac. rex, sansk. raj), odróżniali też miasta (skr. pur, greckie polis) od zwykłych osad (gr. oikos, łac. vicus, polskie wieś), hodowali też konie i używali rydwanów w celach bynajmniej nie rolniczych. W świetle tych faktów i w świetle dowodów archeologicznych i lingwistycznych nie dziwi i wydaje się pewna, znacznie późniejsza przecież, dość rozległa ekspansja ludów Iliryjsko-mesapijskich na Bałkany w I połowie I tysiąclecia p.n.e. (1000 – 500 p.n.e.). Jeszcze wcześniej mogła mieć miejsce znacznie rozleglejsza ekspansja ludu, który stworzył kulturę łużycką i inne kultury popielnicowe. Ekspansja ta trwała ponad tysiąc lat (1700 – 450 p.n.e.), objęła Francję, tereny naddunajskie i wybrzeże Bałtyku, i wiele wskazuje na to, że nosicielami tej kultury były ludy określające się nazwą Wenetów. Kres zadał jej najazd Scytów i ekspansja Celtów i Germanów. Wenetowie nad Adriatykiem w latach 1100 (?) – 150 p.n.e., nad Atlantykiem około 50 roku p.n.e. i nad Bałtykiem u przełomu er – to, jak się wydaje, jedyne poświadczone w źródłach resztki potężnego niegdyś plemienia.

Literatura

Wykaz literatury drukowanej można znaleźć tutaj.

Źródło: www.eioba.pl